Minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej poinformował niedawno, że odrzańską drogę wodną będzie budował zespół portów, jako przyszły beneficjent profitów, które będzie ona przynosić. Oświadczenie ministra jest zaskakujące z paru względów. Przede wszystkim: rzeki i kanały to domena podległa Ministerstwu Środowiska oraz Krajowemu Zarządowi Dróg Wodnych i już choćby z tego względu zarządom portów trudno byłoby inwestować „na cudzym”.

Nawet gdyby tę formalną przeszkodę udało się pokonać, pozostaje skala inwestycji, z jednej strony oraz możliwości finansowych spółek portowych z drugiej. Wcześniej informowano, że przywrócenie żeglugi na Odrze wymagać będzie nakładów rzędu 30 mld zł (Wisły podobnie). Roczne zyski zarządów portów to kilkanaście do kilkudziesięciu mln zł. Kwoty te będą się miały nijak do wielkości wydatków niezbędnych na udrożnienie rzeki. Uzbieranie potrzebnej sumy trwałoby jakieś kilkaset lat.

A przecież spółki portowe mają też inne potrzeby i wydatki, choćby te związane ze swoim utrzymaniem i rozwojem. W Zarządzie Morskich Portów Szczecin i Świnoujście już zaplanowano na najbliższe kilka lat inwestycje o łącznej wartości niemal 1 mld zł.
Ich część porty te mają nadzieję sfinansować z funduszy unijnych, ale i tak udziały własne sięgną kilkuset milionów. Co więc w tej sytuacji zarząd portów miałby uczynić? Zaniechać swoich inwestycji i przerzucić siły i środki na Odrę? I to w sytuacji, gdy potencjalne zyski dla portów z żeglugi śródlądowej to skóra na niedźwiedziu, który jeszcze hasa po puszczy?

Jest jeszcze pewien drobiazg: ustawa portowa w rozdziale 3 art. 7., w punktach 1. i 2. wyraźnie stwierdza, co może być przedmiotem działalności przedsiębiorstwa zarządzającego portem, a co nie, natomiast art. 10. – na co można przeznaczać przychody. Żaden z sześciu wymienionych w ustawie przedmiotów działania nie obejmuje działalności prowadzonej poza portami. Tyle i tylko tyle.