Krzysztof MichnalZ Krzysztofem Michnalem, prezesem Szkoły Morskiej w Gdyni, rozmawia Czesław Romanowski.

– Panie prezesie, co jest najpoważniejszym problemem szkolnictwa morskiego?

– Dziś największym, według mnie, problemem jest działalność Centralnej Morskiej Komisji Egzaminacyjnej. Uważam, że w momencie, gdy zdawalność działu pokładowego jest w granicach 20%-30%, powinno to wywołać jakąś reakcję w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

– Może przystępujący do egzaminów nie są do nich odpowiednio przygotowani?

– Powiem z perspektywy naszej placówki edukacyjnej – jesteśmy certyfikowani przez administracje morską, uczymy zgodnie z programami, mamy doskonałą kadrę, która wykłada na światowym poziomie, a więc wszystko wskazuje na to, że ludzie, którzy pobierają u nas wiedzę, są do wykonywania zawodu doskonale przygotowani.

– W takim razie co jest nie tak z komisją egzaminacyjną?

– Sposób egzaminowania nie zawsze jest zgodny z zasadami. Ci, którzy uczą się metodą kursową, najpierw zdają egzamin praktyczny na symulatorach, potem dopiero egzamin tzw. przesiewowy, testowy, gdzie muszą odpowiedzieć na kilkadziesiąt pytań (a na odpowiedź jest minuta), a następnie egzamin teoretyczny – rozwiązanie zadania problemowego.

– Jak według pana być powinno?

– Najpierw powinien być egzamin testowy, po to, żeby na samym początku odsiać ludzi, którzy nie rokują nadziei. Następnie egzamin teoretyczny, pisemny i ustny, a dopiero na końcu praktyczny egzamin na symulatorach. Obecnie kolejność jest odwrócona. Egzamin testowy przesiewowy, dla człowieka, który zdał egzamin praktyczny na symulatorze, jest absurdalny. Ale taka właśnie kolejność jest zapisana w rozporządzeniu ministerstwa i tutaj komisja egzaminacyjna nie może nic zrobić. Cały czas sygnalizujemy resortowi morskiemu, że to jest, według nas, nieprawidłowe, że należałoby tę kolejność zmienić. Argument ministerstwa jest taki, że wydłużyłoby to proces egzaminowania. Jest to problem, który wprawdzie nie wpływa na poziom zdawalności, ale wpływa na złe samopoczucie egzaminowanego, który potem mi mówi: przeprowadziłem wachtę morską, zdałem egzamin praktyczny, rozwiązałem problemy związane ze statecznością i dopiero potem byłem przepytywany przesiewowo? W dodatku, i tu tkwi sedno problemu, w teście przesiewowym znajdują się pytania spoza obowiązującego programu nauczania. W stosownym rozporządzeniu jest zapis, wedle którego egzamin powinien być przeprowadzony z wiedzy, która będzie niezbędna do wykonywania pracy na danym stanowisku. A więc nie powinny to być zgadywanki intelektualne, czy wkraczanie w daleko posuniętą szczegółowość, a tak właśnie bardzo często jest. Przykładowe pytanie: komu należy zgłosić urodzenie dziecka na pokładzie statku? Zakładając, że taka sytuacja komuś się przydarzy na statku handlowym, po prostu dzwoni się do armatora lub agenta! Czy to jest pytanie, na którego odpowiedź jest potrzebna w codziennej morskiej praktyce? Zdający powinien umieć podobną wiedzę wyszukać, a nie znać ją na pamięć. Często też rozległość pytań przekracza czas przeznaczony na odpowiedź.

– Temat egzaminów, ich trybu, poruszany był podczas posiedzenia sejmowej komisji gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej w lutym zeszłego roku. Także wówczas podnosił pan tę kwestię i tę argumentację. Należy więc zakładać, że i członkowie komisji, i przedstawiciele ministerstwa znają temat. Czy coś się od tamtego czasu zmieniło?

– Ten problem poruszany był jeszcze kilkakrotnie w ministerstwie, w departamencie edukacji morskiej. Z przykrością stwierdzam, że nic się nie zmieniło, ani nic nie zapowiada, by do jakichś konkretnych zmian w tym kierunku miało dojść. Nikt nie próbuje nawet tego problemu zbadać. Przewodniczący CMKE kpt. Piotr Bidziński powiedział nam, jako przedstawicielom Szkoły Morskiej w Gdyni, że ze swoimi postulatami występujemy o obniżenie poziomu egzaminów. A on na to nie pozwoli. Tłumaczenie mu, że tak nie jest, że pytania są spoza tematu szkolenia i że powinien dokonywać weryfikacji pytań oraz zadań egzaminacyjnych, też nic nie przyniosło. Przychodzą do mnie ludzie rozgoryczeni, którzy nie zdali egzaminu, armator – jego przyszły pracodawca – zapłacił za kurs takiej osoby, on sam się niezwykle starał i przygotowywał, a wyłożył się na jakimś dziwnym, niepotrzebnym mu do niczego pytaniu. Są to ludzie po kursach chiefa i oficera wachtowego. I pytają: co robić?

– Jakie kroki pana zdaniem powinny być podjęte w kierunku rozwiązania zaistniałych problemów w edukacji morskiej?

– Przede wszystkim należy zobowiązać przewodniczących CMKE do bieżącej weryfikacji pytań i zadań egzaminacyjnych na zgodność z programami nauczania, zasadami tworzenia pytań i zadań, z wymaganiami przepisów o egzaminowaniu. Trzeba też uzdrowić system odwoływania się od decyzji egzaminatorów. Następnie należy przystąpić do opracowywania nowych programów nauczania i wymagań egzaminacyjnych, kolejno w żegludze handlowej, na jachtach komercyjnych, rybołówstwie morskim. Na podstawie zmienionych programów opracować nowe pytania egzaminacyjne. Na koniec przygotować projekt zmian w ustawie w zakresie edukacji morskiej. Z rozmów wynika, że środowisko morskich jednostek edukacyjnych czeka na rzeczowe konsultacje i jest gotowe służyć pomocą. Jak to się ładnie mówi: chcemy być podmiotem a nie przedmiotem działań.

– Podnosi pan też kwestię ustawy o bezpieczeństwie morskim…

– Zgłosiliśmy szereg propozycji do tej ustawy, także takich, które dotyczą używanych dotychczas sformułowań, nie zawsze przekładających się na rzeczywisty charakter opisywanych zjawisk. Część z tych rzeczy można zrobić już, poprawiając rozporządzenia, część należałoby wykonać modernizując ustawę o bezpieczeństwie morskim, która za chwilę będzie zmieniana. Mimo naszych uwag i początkowej gotowości przedstawicieli edukacji morskiej w ministerstwie do uwzględnienia naszych poprawek finalnie okazuje się, że ministerstwo naszych uwag słuchać nie chce. Stwierdzono, że na razie nie przewiduje się zmian. No to kiedy to się stanie?
Według mnie trzeba totalnie zmienić podejście do procesu egzaminowania, zależy mi bowiem na utrzymaniu poziomu naszego morskiego nauczania. Bo przecież naszą przewagą w sprawach gospodarki morskiej w Unii Europejskiej, czy ogólnie na świecie, są nasze kadry morskie. Mamy największe kadry w UE z ważnymi dyplomami. Na Zachodzie jest rotacja – ludzie z morza stosunkowo szybko schodzą na ląd, np. do pracy w managemencie. My natomiast dosyć długo pływamy, więc jesteśmy największą czynną grupą zawodową w UE. Powinniśmy ten status zachować, powinniśmy mieć oddelegowanych własnych urzędników do instytucji takich jak IMO czy EMSA. A my tego nie wykorzystujemy. Czy też nie wykorzystujemy tak, jak byśmy mogli.

– Czym, w pańskiej opinii, jako Szkoła Morska w Gdyni wygrywacie konkurencję z dwoma pozostałymi, policealnymi szkołami morskimi?

– Nasi uczniowie mówią, że naszą przewagą jest to, że bardzo staramy się o praktyki na statkach morskich. Dobrze współpracujemy z armatorami. U nas cała praktyka odbywa się w ramach szkoły, czego nie ma na uczelniach morskich. Tam, po zakończeniu procesu nauczania, każdy sam musi poszukać sobie praktyk. Drugą kwestią jest krótszy czas nauki. Trzecią – nie mamy przedmiotów o charakterze ogólnym na poziomie uczelni wyższej.
Tutaj z przykrością muszę stwierdzić, że obecnie szkoły średnie dostarczają nam ludzi o dosyć niskim wykształceniu ogólnym. Czasami mają oni nawet problemem z dodawaniem prostych ułamków. A przecież ci ludzie często zdali maturę! Jak to możliwe? Proces zaniżania poziomu wiedzy nastąpił wówczas, gdy utworzono gimnazja. Bardzo ważną kwestią było odejście od obowiązkowej matematyki na maturze. Matematyka uczy logicznego myślenia, które niezwykle pomaga nie tylko w zawodach morskich, ale w ogóle w życiu. Logiczne myślenie, swoboda myślenia, zostały zniszczone także przez system egzaminowania polegający na testach. W ramach KIGM staramy się współpracować z władzami lokalnymi w zakresie przywrócenia prestiżu szkołom branżowym i technikom. Niestety jest to na razie próżny trud. Często rodzice odradzają swym dzieciom naukę w szkołach zawodowych. Dodam w tym miejscu, że uczymy nie tylko Polaków, ale mamy także zgłoszenia z Czech, Słowacji czy ostatnio bardzo dużo z Ukrainy.

– Czy Szkoła Morska stara się zmierzyć z, nazwijmy to, wyzwaniami nowoczesności? Czy tworzycie nowe kierunki albo kursy, przewidując, że za kilka lat np. znajdzie się praca dla operatorów jednostek autonomicznych?

– Mówienie o jednostkach autonomicznych stało się ostatnio modne. A mówiło się już o nich za czasów, kiedy ja byłem studentem, czyli dobrych kilkadziesiąt lat temu. Ten proces cały czas trwa i potrwa nie wiadomo jak długo. My nie jesteśmy wyższą uczelnią, nie prowadzimy specjalistycznych badań w tym kierunku. Musimy wyszkolić zawodowca, zgodnie z programami, i niestety zgodnie z tym, co dzieje się w obrębie CMKE. Szkolimy ludzi, którzy natychmiast po opuszczenie naszych murów znajdą sobie pracę. Nie jesteśmy aż tak bardzo nowocześni, żeby ich kształcić w czymś, co spotka ich (albo i nie) za ileś lat. W oferowanych przez nas zawodach nasi absolwenci cały czas się doszkalają, bowiem muszą uczestniczyć w kursach odnawiających wiedzę i umiejętności oraz kursach doskonalących zamawianych przez armatorów, które my realizujemy. My w swoich programach te proponowane przez armatorów nowości uwzględniamy.
Trzeba tu powiedzieć, że najważniejszy dla człowieka, który ma zamiar pracować w branży morskiej, jest język angielski. I to w dużej ilości. W naszej szkole mamy od sześciu do ośmiu godzin tygodniowo, w zależności od zaawansowania grupy. Przy czym wchodzimy od razu w nauczanie języka zawodowego. Uważam, że to jest nasz poważny plus w stosunku do innych szkół. Staramy się również patrzeć na to, co się dzieje we flocie, i wykonujemy różnorakie zamówienia, które najczęściej przychodzą ze strony armatorów. Współpraca z nimi jest niezwykle ważna i w naszym wypadku doskonale się sprawdza – oni przychodzą do nas z konkretnym zapotrzebowaniem, nasi nauczyciele, w oparciu o własne doświadczenie i najnowocześniejszy sprzęt, mówią zainteresowanym jak taka praca będzie przebiegać. Obecnie na morzu mamy do czynienia z dużą specjalizacją. Słuchacze, idąc na praktyki, przygotowują się do pracy na określonej grupie statków. Armator oferuje ścieżkę kariery, ocenia pracownika, współpracuje z nami na bieżąco – przyjeżdżają do nas przedstawiciele, przygotowują materiały, których konkretni ludzie na konkretnych stanowiskach będą potrzebowali. Ta ścisła współpraca z armatorami podnosi naszą pozycję zdecydowanie.
Nie wybiegamy za daleko w przód. Przygotowujemy ludzi do pracy, którą będą de facto wykonywali, dostarczając im najbardziej potrzebną, nowoczesną wiedzę. To nam się udaje, wyszkoleni przez nas ludzie są dobrze przygotowani do wykonywania wyuczonego tutaj zawodu.

– Dziękuję za rozmowę.