Jerzy Litwin, dyrektor Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku

Pół wieku muzeum

 

Z Jerzym Litwinem, dyrektorem Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku, rozmawia Maciej Borkowski.

– Centralne Muzeum Morskie obchodzi piękny jubileusz. Co się najbardziej zaznaczyło w jego działalności, w ciągu tego półwiecza?

– W ciągu tych 50 lat pojawiło się wiele znaczących wątków. Pierwszym problemem było: skąd wziąć eksponaty? Nasze muzeum powstawało, gdy istniało już Muzeum Marynarki Wojennej w Gdynii, Muzeum Morskie w Szczecinie, czyli instytucje, które zaraz po wojnie zgromadziły wszystkie dostępne im zabytki morskie, czyli to, co dało się wówczas zabezpieczyć. Wprawdzie różne przedsiębiorstwa gospodarki morskiej deklarowały wówczas powstającemu muzeum swoją pomoc, ale – jak się później okazało – nie do końca zostało to zrealizowane; na przykład stocznie obiecywały, że będą przekazywać nam do zbiorów każdy model prototypowego statku, co jednak nie miało miejsca, a armatorzy, że obejmą muzeum swoim patronatem. Te patronaty były, ale okazały się dość symboliczne, a poza tym poszły w zupełnie innych kierunkach. Patronat Polskich Linii Oceanicznych sprowadził się, np., do spontanicznych akcji załóg statków, które przywoziły nam różne eksponaty, przede wszystkim egzotyczne łodzie. Dzięki temu powstała znacząca i licząca się kolekcja.

– Jakie główne cele postawiło przed sobą muzeum?

– Przede wszystkim było to zabezpieczenie polskiego dziedzictwa morskiego. Chcieliśmy – i dalej chcemy – pokazywać to, co w ciągu wielu wieków Polacy na morzu, dla morza i z morza uzyskali, czego dokonali. Pierwszy dyrektor muzeum, Przemysław Smolarek, skoncentrował się nad pracami dotyczącymi genezy szkutnictwa słowiańskiego. Słowianie byli narodem, który w VI-VII w. przybył na wybrzeża Morza Bałtyckiego i zagospodarował je – i to bardzo skutecznie, pozostawiając bogatą spuściznę, m.in. w postaci licznych wraków łodzi budowanych techniką słowiańską, różną np. od skandynawskiej. Okres wczesnego średniowiecza na Zachodzie określany jest jako epoka Wikingów, ale głównym ich konkurentem, między X a XII wiekiem, byli Słowianie, którzy byli wówczas bardzo aktywni na Bałtyku. Bardzo mocno np. odcisnęli swoje piętno w historii duńskiego portu Hedeby, położonym dzisiaj na terytorium Niemiec Haithabu…

– …a także leżącej w pobliżu Göteborga Konungahelli, którą najechali zbrojnie.

– Są domysły, że uczestniczyli również, wraz ze Skandynawami, w wyprawach na Wyspy Brytyjskie. Są to przypuszczenia, dotychczas jeszcze w archeologii nie potwierdzone, ale wskazują na nie pewne zapisy ze źródeł skandynawskich. Słowianie wspomagali również Duńczyków w wyprawach przeciwko Frankom. Byli do tego stopnia znaczącą siłą, że gdy król Danii w 808 r. najechał Rerik, koło Wismaru (odkryto tam pozostałości słowiańskiej osady, interpretowanej jako ów Rerik) to przesiedlił tamtejszych Słowian do Hedeby (dzisiejsze Haithabu), żeby się pozbyć ich, jako konkurencji handlowej, a także po to, żeby tamtejszy port, leżący na rubieżach ówczesnej Danii, lepiej zagospodarować. Po latach, w 1066 r., Słowianie dokonali desantu na Hedeby i doszczętnie je zniszczyli.
Dążenie do uznania w nauce istnienia wczesnośredniowiecznego szkutnictwa i żeglugi słowiańskiej było jednym z kierunków działań muzeum, wybranym przez dyrektora Smolarka; drugim było zwrócenie uwagi na rolę Wisły w dziejach gospodarki polskiej. Bez tej arterii przewozowej nie byłoby możliwości rozwijania Gdańska, który – dzięki przywilejom uzyskanym od Kazimierza Jagiellończyka – stał się bardzo bogatym miastem, pośrednicząc w wymianie handlowej między polskim zapleczem gospodarczym a Europą Zachodnią, de facto żywiąc Europę.

Trzecim kierunkiem było zabezpieczanie tego, co można było przejąć do muzeum z bieżącej produkcji okrętowej, która w owym czasie była imponująca. Sięgnięto również do okresu walki o dominium Maris Baltici, czyli czasów Zygmunta Augusta i potem Wazów, królów Polski, którzy uwikłali się w problemy sukcesji do korony szwedzkiej, stąd geneza wojen polsko-szwedzkich i bitwa pod Oliwą. W czasie prac przy rozpoznawaniu podejścia do Portu Północnego, nieoczekiwanie odkryto wrak, który okazał się wrakiem szwedzkiego okrętu z bitwy pod Oliwą, co jeszcze bardziej utwierdziło dyrektora, że podjęta przez niego myśl, dotycząca wzbogacenia zbiorów przez archeologię podwodną, daje dużo szans. Właściwie to dzięki archeologii podwodnej muzeum nasze „wypłynęło” na forum międzynarodowe.

– Czy ta „słowiańskość” i archeologia podwodna to coś, co można by określić jako waszą specialitée de la maison? Czy CMM różni się jakoś, jeśli chodzi o profil, od zagranicznych muzeów morskich?

– Jeśli chodzi o muzea wielodziałowe, specjalnie się nie różni. Poza eksponatami przyrodniczymi, gromadzimy wszystko, nawet eksponaty dotyczące marynarki wojennej, chociaż istnieje przecież Muzeum Marynarki Wojennej. Nas interesuje cały kraj, całe śródlądzie. Pokazujemy również Polaków za granicą w okresie, gdy Polska nie miała swojego bytu państwowego. Interesują nas zesłania i wychodźstwo Polaków, to co oni robili dla spraw morskich i dla kraju, w którym się znaleźli, tak jak Józef Conrad Korzeniowski czy Stefan Drzewiecki i inni, którzy żyli w tamtych czasach, odkrywali nowe lądy, rzeki, opisywali je i prowadzili różne inne prace, jak np. zesłaniec Aleksander Piotr Czekanowski, czy inżynier Stanisław Janicki, który kierował odcinkiem budowy Kanału Sueskiego. Interesuje nas działalność wojenna Polaków w czasie II wojny światowej. Nasze muzeum nie różni się zakresem podejmowanej tematyki od zagranicznych, m.in. dlatego, że na nich było wzorowane. Natomiast każde muzeum morskie ma inną lokalizację, pewną specyfikę zbiorów, a te w muzeach zagranicznych często są dużo bogatsze.
> Wynika to z tego, że dostęp do zabytków jest w Polsce bardzo ograniczony. Byliśmy krajem morskim w bardzo krótkich okresach historycznych, ale chcemy pokazać Polaków na tle innych nacji, na morzach świata, bo też tam mamy pewne osiągnięcia.

– Które z waszych eksponatów uznałby pan za najcenniejsze?

– Na pewno są to wraki łodzi słowiańskich z okresu wczesnego średniowiecza. Dla mnie, takim wyjątkowym eksponatem jest armata wydobyta z wraku szwedzkiego okrętu, którą odlano w 1560 r., dla króla Zygmunta Augusta, a więc 67 lat przed bitwą pod Oliwą. Była ona przeznaczona prawdopodobnie na wyposażenie kaprów gdańskich, bo król ten, zanim zaczął tworzyć własną flotę, powołał flotę kaperską, która miała zwalczać żeglugę do Narwy, czyli utrudniać dostawy oręża do Rosji, która nie miała wówczas własnego dostępu do Bałtyku. Ta armata, pięknie zachowana, musiała być w doskonałym stanie technicznym, skoro została, po zdobyciu jej przez Szwedów, wykorzystana kilkadziesiąt lat później na wyposażenie ich okrętu. Pokazuje ona ostatniego Jagiellona, jako króla, który myśli dalekowzrocznie, że Polska musi oprzeć się o Bałtyk. Liczba eksponatów naszego muzeum, związanych z morzem, sięga 50 tys., nie licząc książek i dokumentów. A trzeba wiedzieć, że nasze muzeum w ciągu tych 50 lat nie przejęło żadnej kolekcji; myśmy nikomu niczego nie zabrali, tylko gromadziliś­my to, co ktoś chciał nam dać, czy też sami to kupiliśmy, wykopaliśmy czy wymieniliśmy.

– Mówiąc cynicznie, perspektywy waszej placówki przedstawiają się nieźle, gdyż polskie stocznie, żegluga liniowa czy rybołówstwo stały się dziedzinami, które obecnie bardziej mogą interesować muzealników niż ekonomistów.

– To smutna prawda. Wiele muzeów morskich na Zachodzie korzysta z rozwoju gospodarki morskiej, z tego, że właśnie firmy morskie wspierają muzealnictwo. Firma Maersk finansuje np. kolejne już muzeum morskie, które będzie przenoszone z zamku Kronborg do byłej stoczni w Helsingør.
My musimy z naszych firm prawie wyrywać eksponaty czy wskazywać, że znajdują się tam rzeczy, które nie powinny być sprzedane. Model statku czy obraz ma dla danej firmy jakąś wartość materialną, ale dla narodu ważne jest, by go zachować.

– Czy udało się wam coś pozyskać ze spuścizny firm morskich? PLO, np., dysponowały kiedyś pokaźnymi zbiorami malarstwa czy archiwaliów?

– Bardzo mało. To zostało w znacznej mierze rozproszone, chociaż PLO jeszcze coś z tego ma. Ale np. z PLO dostaliśmy wcześniej trochę modeli i wyposażenia okrętowego, a miało ono kiedyś swoją salę tradycji. Została ona przed ok. 20 laty gdzieś wyprowadzona i rozproszona.
Teraz, zostało przeznaczone do sprzedaży Polskie Ratownictwo Okrętowe. W międzyczasie wystawiło ono na sprzedaż obraz, który chcieliśmy kupić, korzystając z prawa pierwokupu (był on w naszym depozycie). Decyzją rady nadzorczej na razie wstrzymano tę sprzedaż, ale w zasobach PRO jest więcej pamiątek, które powinny również trafić do muzeum, a nie zostać sprzedane wraz z pozostałym majątkiem tej firmy. Korespondowałem w tych sprawach z Ministerstwem Skarbu, przyjęto moje starania z uwagą, jednak wobec braku stosownych rozporządzeń wszystko zależy od likwidatorów firm.

Jest i sukces, gdyż zarządca kompensacji Stoczni Gdynia przekazuje nam w tej chwili w depozyt 13 modeli statków z jej zbiorów. To jest właściwe działanie, gdyż pojawia się możliwość, że trafią do nas na własność. Takie eksponaty z państwowych firm powinny być z urzędu przekazywane do muzeów, a nie w prywatne ręce – i niekoniecznie do naszego, bo przecież nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkiego.

Chcemy tworzyć oddziały naszego muzeum. Ożywiły się gminy, które bardzo chciałyby mieć w swoich miejscowościach, na przykład w Kątach Rybackich, takie placówki – wizytówki.

– Gdzie obecnie posiadacie swoje oddziały?

– Główną siedzibę mamy w Gdańsku, a oddziały w Helu (Muzeum Rybołówstwa), w Kątach Rybackich (jest to Muzeum Zalewu Wiślanego), w Tczewie mamy Muzeum Wisły. Naszym oddziałem w Gdyni jest Dar Pomorza, gdzie właśnie rozmawiamy. Chciałbym stworzyć jeszcze co najmniej dwa oddziały. We Władysławowie albo w Jastarni dobrze by było utworzyć muzeum archeologii morskiej i rybołówstwa bałtyckiego. Bardzo cenimy sobie decyzję Gdyni i jej prezydenta, Wojciecha Szczurka, byśmy na pirsie dalmorowskim stworzyli muzeum żeglarstwa polskiego. Mamy do tego odpowiednie zasoby. Moim zdaniem, jest ogromną stratą dla Gdańska, że na terenach postoczniowych nie zdecydowano się utworzyć muzeum stoczni. Taka placówka powinna była powstać. Chodzi nam właśnie o to, żeby miejscowe władze chciały się włączać w tego rodzaju inicjatywy. Sami nie utrzymamy takiego muzeum, gdyż dotacje są zbyt skromne na utrzymanie tego, co już mamy, a przed nami jeszcze wiele zadań, więc brak funduszy utrudnia rozwój instytucji. W tej chwili korzystamy z tego, że mamy wsparcie państwowe przy tworzeniu Ośrodka Kultury Morskiej, przy Żurawiu. To bardzo duże przedsięwzięcie.

– Co pana skłoniło do wyboru zawodu muzealnika?

– Od najmłodszych lat interesowałem się morzem; to była fascynacja. Czytałem miesięcznik „Morze”. Interesowały mnie statki. Zapisałem się do modelarni i zacząłem budować ich modele, również statków historycznych. Przyszły pewne sukcesy w konkursach czy na wystawach. Instruktor, Tadeusz Piskorzyński, człowiek o niesamowitej osobowości, zasugerował mi, bym wybierając szkołę poszedł w kierunku politechnicznym. Kiedy byłem studentem na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej, dyrektor Smolarek zaproponował mi współpracę – konserwacje modeli i budowę nowych, a kiedy już zbliżałem się do końca studiów, zaproponował mi zatrudnienie w muzeum, gdzie potrzebowano pracownika do działu historii budownictwa okrętowego – i tak tu trafiłem. Do dzisiaj tego nie żałuję. Nie myślałem wtedy w ogóle, że kiedyś będę tu dyrektorował. To były inne czasy, a ja nie byłem politycznie zaangażowany, więc wiedziałem z góry, że kariera dyrektorska jest nie dla mnie i szedłem w kierunku merytorycznym, naukowym. W pewnym momencie musiałem nawet odejść z tej placówki, ale wróciłem do niej po śmierci dyrektora Smolarka, na stanowisko wicedyrektora, a teraz nią kieruję. I choć przyszło mi pełnić tę funkcję w bardzo trudnym czasie, to uważam, że przez te 10 lat całkiem niemało udało mi się tu zrealizować.

– Dziękuję bardzo.

Rozmawiał: Maciej Borkowski