Andrzej Szczęśniak, niezależny ekspert branży energetycznej

Gdański wentyl bezpieczeństwa

Z Andrzejem Szczęśniakiem, niezależnym ekspertem branży energetycznej, rozmawia Piotr Frankowski

 

– Podpisano umowę joint venture między Przedsiębiorstwem Eksploatacji Rurociągów Naftowych (PERN) „Przyjaźń”, a niemieckim Oiltanking na budowę bazy magazynowej w gdańskim Porcie Północnym. Jakie znaczenie dla Polski może mieć ta inwestycja?

– Przede wszystkim jest ona wynikiem pewnej sytuacji, która rozwija się dynamicznie. Otóż do dzisiaj Polska jest krajem tranzytowym dla ropy ze wschodu, ale Rosjanie otwierają swój rurociąg BTS-2 i będą wstrzymywać tranzyt przez nasz kraj. I to jest problem, który nas spotyka. Z jednej strony tracimy sporo pieniędzy, bo chodzi o ponad 500 mln zł
rocznie za przesył, a z drugiej strony, zagrożone są ekonomiczne warunki zaopatrzenia naszych rafinerii. Fizycznie nie widzę zagrożeń, gdyż mamy alternatywę dostaw przez morze i Naftoport – z innych źródeł niż rosyjskie. Jeśli jednak „Przyjaźń” przestanie działać, to mamy sytuację dużego zagrożenia, bo każda przerwa w dostawach ze wschodu stawia nasze rafinerie pod murem. I to jest podstawowe znaczenie tej inwestycji.

Trzeba zwrócić uwagę na sytuację ogólnoekonomiczną, na zyski kraju tranzytowego. Taka baza, gdybyśmy byli krajem tranzytowym, eksportującym np. rosyjską czy kazachską ropę, pracowałaby „na czysto” dla Polski. Rosjanie ponoszą wszelkie koszty i są one naszymi czystymi dochodami, wpływającymi do naszej gospodarki. jeżeli jesteśmy krajem importowym, to dzieje się dokładnie na odwrót – to polska gospodarka jest obciążona kosztami, płacą za to polskie rafinerie i klienci.

– Czyli baza w gdańskim porcie może być wentylem bezpieczeństwa dla Polski?

– Powiem więcej: musi być. Jeśli Polska nie będzie krajem tranzytowym rosyjskiej ropy i nie będzie przesyłała jej do Niemiec, to jej pozycja, jako odbiorcy ropy, bardzo osłabnie. Musimy mieć alternatywę. Chociaż oczywiście mamy ją, w postaci Naftoportu, ale jego słabą stroną jest infrastruktura, gdyż brakuje odpowiednich pojemności magazynowych. Przy dużym obrocie, rzędu 30 mln t,
nie ma możliwości obsłużenia ropy pod względem operacyjno-logistycznym. Dlatego inwestycja PERN poprawia nasze możliwości importu surowca i tym samym poprawia bezpieczeństwo energetyczne kraju.

Tylko że podpisanie umowy joint venture nie oznacza jeszcze, że baza powstanie. Jest kilka warunków do spełnienia. Musi się zgodzić np. Komisja Europejska. I tu jest pewna delikatna sprawa, o której mało się mówi, ale z punktu widzenia Unii Europejskiej może być istotna. Otóż mamy całkowicie zmonopolizowany rynek logistyczny. Nie tylko przesyłu ropy czy paliw, ale także magazynów. W Polsce praktycznie mamy jednego operatora magazynowego OLPP, a on należy do PERN. Taka sytuacja ma złe skutki, bo kosztów nikt nie redukuje. Nie służy to innym graczom niż ci, którzy są właścicielami. Uważam, że to jest wada. Jeśli państwo chciałoby rzeczywiście zabezpieczyć swoje interesy, zgodnie z zasadami rynku, to powinno ogłosić przetarg, tak aby była to inwestycja komercyjna. Z magazynami nikt z Polski przecież nie ucieknie. Nie widzę zagrożenia w tym, że kapitał zainwestuje zagraniczna firma, jeżeli jej usługi byłyby np. 2 razy tańsze.

– Skąd może pochodzić ropa dla nowej bazy PERN?

– To może być cały świat. Ale szczerze mówiąc – nie wiem, czy spółka ma gwarancje odbioru ropy. Proszę sobie wyobrazić taką sytuacją, że Rosjanie jednak sprzedają surowiec naszym rafineriom. Co wtedy z bazą? Stoi pusta? Dla mnie nieprawdopodobne jest podjęcie inwestycji, jeśli przynajmniej części pojemności nie jest zakontraktowana na kilka lat. Polska nie jest takim rynkiem jak Rotterdam czy Amsterdam, gdzie wszyscy kupują ropę, sprzedają czy wymieniają. U nas jest tylko rynek rafinerii. Dlatego powstaje pytanie czy spółka joint venture będzie miała jakieś wiążące, przynajmniej na 5 lat, kontrakty z rafineriami na dostawy. Nie widzę bowiem innego partnera handlowego w okolicy. Rosjanie nie potrzebują tej bazy, więc kto inny, jak nie polskie rafinerie, miałby być odbiorcą. Na miejscu naszych rafinerii nie podpisałbym wiążących umów, bo zawsze jest możliwość, że Rosjanie dostarcza ropę taniej. Chyba że rafinerie zostaną politycznie do tego zobowiązane.

– Ale tranzyt rosyjskiej ropy został już wstrzymany, w maju br.

– To prawda. Nie ma tranzytu przez Gdańsk. Jest to kłopot szczególnie dla Naftoportu, gdyż generowało to dlań duże przychody. Płynie jeszcze ropa w tranzycie rurociągiem „Przyjaźń” do niemieckich rafinerii w Leuna i Schwedt, ale zagrożenie, że w przyszłym roku tłoczone ilości znacząco się zmniejszą, jest duże.

– Czy uruchomienie rosyjskiego rurociągu BTS-2 i eksport ropy przez nowy terminal paliwowy w Ust-Łudze tylko ograniczy przesył przez „Przyjaźń” czy doprowadzi do całkowitego jego wstrzymania?

– Z pewnością wykluczy Gdańsk z operacji tranzytowych. Dokładnie taka sama sytuacja miała miejsce w krajach bałtyckich (Litwa, Łotwa, Estonia), kiedy ich porty w latach 90. służyły bardzo intensywnie eksportowi rosyjskiej ropy i paliw. Kiedy jednak Rosjanie otworzyli terminal w Primorsku, wycofali prawie całą ropę z tych portów. Pozostały jedynie śladowe ilości, a terminal w Primorsku zwrócił się w ciągu 3 lat.

Uważam więc, choć nie zdarzy się to od razu, że będziemy mogli zapomnieć o przesyle ropy rurociągiem „Przyjaźń” na dotychczasowych warunkach. To jest duża porażka naszej polityki. Po problemach Rosji z przesyłem ropy przez Białoruś, w 2007 r., kiedy Moskwa ogłosiła, że buduje drugą nitkę BTS, były próby nawiązania rozmów polsko-rosyjskich czy dotyczące kierunku przesyłu ropy, ale nie przyniosły żadnych rezultatów.

BTS-2 otwiera się w dwóch fazach. Pierwsza to ponad 30 mln t rocznie, a druga – ponad 50 mln t. Jeśli uruchomiona zostanie druga faza, do Polski będzie co najwyżej płynęła ropa dla naszych rafinerii. Warto zwrócić uwagę, że tracimy przywilej kraju tranzytowego, który, jeśli jeszcze jest odbiorcą tego surowca, zawsze ma upust cenowy.

Kilka lat temu szacowało się, że taki upust wynosił 1,5 USD na baryłce, a dla polskich rafinerii szło ok. 150 mln baryłek rocznie. Pokazuje to jak duże są to pieniądze. Teraz będziemy musieli liczyć się raczej z tym, że Rosjanie będą podnosili ceny. Jeżeli w ogóle będą dostarczali surowiec przez „Przyjaźń”, jego cena będzie niewiele niższa niż transport drogą morską. Dlatego tym, który najbardziej straci, są nasze rafinerie.

– „Przyjaźnią” ropa trafiała także do Niemiec. Rafinerię w Schwedt można zaopatrzyć drogą morską, ale Leunę już nie.

– Z zaopatrzeniem rafinerii w Schwedt przez port w Rostocku też mogą być problemy, gdyż mogą tam wpływać tankowce o nośności tylko do 50 tys. t. Ponadto jest kłopot z rurociągiem i jego możliwościami przesyłowymi. Ale Niemcy przygotowują się do wstrzymania dostaw „Przyjaźnią” już od kilku lat i wyszło im, że można dostarczać przez Wilhelmshaven. Zamknięto tam niedawno rafinerię, co sprawia, że są tam wolne moce magazynowe i przesyłowe. Rosjanie oferowali już Niemcom nawet upusty na logistykę, a ponadto Rosnieft kupił udziały rafinerii w Schwedt.

Niestety, przy naszej polityce, która generalnie nastawiona jest na odcinanie się od Rosji a nie na kooperację, nie mamy szans na korzystną współpracę. Trzeba było porozmawiać z Rosjanami i powiedzieć: słuchajcie, przesyłajcie ropę, to są dla nas pieniądze, i zaoferować coś w zamian. Biorąc pod uwagę nasze nastawienie do Rosji, wcześniej czy później sieć rurociągów „Przyjaźń” przestanie funkcjonować. Rosjanom jest znacznie wygodniej wysyłać ropę przez morze.

– Jeśli „Przyjaźń” i tak „wyschnie” to po co PERN kończy trzecią nitkę tego rurociągu?

– Niedawno nazwałem to absurdem roku. Z jednej strony szefowie PERN od dawna wiedzą, że ten kierunek jest praktycznie „wysychający”, a z drugiej strony prowadzą inwestycję, która zaczęła się w 2002 r. Jest ona pokazem polskiej nieudolności i niemożności przebicia się przez przepisy prawne, samorządowe itd. Po co nam 64 mln t przepustowości na tym kierunku, skoro niedługo będą tam płynęły minimalne ilości, jeśli w ogóle będą płynęły. Jest to nietrafiona inwestycja, ale ma dawne uwarunkowania polityczne. Zbiorniki nad morzem są sensowniejszą inwestycją niż trzecia nitka „Przyjaźni”.

– No dobrze, w przyszłym roku mogą zostać wstrzymane lub ograniczone dostawy rurociągiem „Przyjaźń”, a magazyny PERN powstaną dopiero w 2013 r. Jak mają zaopatrywać się w ropę polskie rafinerie?

– Nie jest to natychmiastowy proces. Pierwsza faza BTS-2 ma ograniczenia do 38 mln t. Przez białoruski odcinek „Przyjaźni” idzie 70 mln t, a do nas dochodzi 50 mln t. Czyli w 2012 r. dostawy nie zostaną wstrzymane, bo Rosjanie będą musieli pewną część przesyłać tą trasą. Chociaż moim zdaniem PERN trochę się spóźnił z inwestycją, bo rosyjskie plany znane są od 5-6 lat, ale dobrze, że w ogóle jest.

– Wychodzi na to, że ropa i tak będzie musiała być sprowadzana do Polski morzem.

– Niekoniecznie. Myślę, że może być sprowadzana rurociągiem, ale na pewno będzie droższa niż dzisiaj. Nie jest to więc kwestia fizycznych dostaw, a raczej ekonomii. Ropa będzie droższa dla naszych rafinerii, co pogorszy ich sytuację finansową. Oczywiście w sytuacji ekstremalnej, kiedy np. Rosjanie uznają, że nie chcą z nami współpracować, to mogą całą swoją ropę przepompować bądź do Noworosyjska bądź Primorska czy Ust-Ługi. Jeśli powtórzą się lata 2005-2007, można się spodziewać właśnie takich zachowań Rosjan. Druga część BTS-2 ma ruszyć w 2013 r. i wtedy mogą zacząć się prawdziwe problemy.

– Czyli teraz będziemy mieli przedsmak tego co może nas czekać za 2 lata?

– Może nie przedsmak, bo rosyjska polityka w tym zakresie zaczęła się w 2005 r. Poza tym, po konflikcie rosyjsko-białoruskim o tranzyt w 2007 r., kiedy Moskwa zaczęła myśleć o budowie BTS-2, poszedł pewien sygnał z Polski. Otóż polski parlament dyskutował nad projektem ustawy, która miałaby zwiększyć kontrolę Polski nad rurociągami, ale w ten sposób, że umożliwiała odebranie produktu firmie przesyłającej z wielu różnych powodów, np. z tytułu gwałtownych wahań cen, z czym obecnie cały czas mamy do czynienia. Moim zdaniem był to jasny sygnał, że w ogóle nie chcemy współpracować z Rosjanami i nie myślimy o kompromisie.

Rosjanie chcą także wycofać się z tranzytu ropy przez Ukrainę, która bardzo podwyższyła opłaty przesyłowe. Zresztą teraz płynie tamtędy tylko 30 mln t ropy, a kiedyś było to 50-60 mln t rocznie. Więc możliwe jest także, że ta właśnie ropa zostanie „przerzucona” do Ust-Ługi, a „Przyjaźń” w dalszym ciągu dostarczałaby surowiec na Białoruś, do Polski i ewentualnie do Niemiec.

– Czy realne jest sprowadzanie do Polski ropy z innych kierunków? Chodzi np. o przedłużenie rurociągu Odessa – Brody do Polski i transport azerskiej ropy. Czy przedsięwzięcie to ma szanse powodzenia? Zwłaszcza, że jest wiele wątpliwości związanych z tą inwestycją, a polskie rafinerie nie są zainteresowane azerską ropą.

– Ropą z Azerbejdżanu nigdy nie były zainteresowane, nawet w czasach kiedy bardzo je przymuszano do jej sprowadzania. To nie jest ten rodzaj ropy. Rafinerie zainwestowały ogromne pieniądze w instalacje do przerobu rosyjskiego surowca typu Rebco. Oczywiście ropę azerską też przerobią, ale uzyskają słabszą wiązkę produktów, a przy tym mniejsze zyski. Poczynione inwestycje nie zwrócą się. Zresztą azerskiej ropy nie ma dużo na rynku i trudno całkowicie się na nią przestawić.

Generalnie Odessa – Brody jest projektem bardzo mętnym, o którym mówi się już od 13 lat. Żeby miał sens musi się opłacać, tam musi być biznes. Cały czas to powtarzam. Ze zdziwieniem usłyszałem ostatnio, po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, że w końcu podobnie mówili politycy: prezydent Komorowski i szef RBN gen. Koziej, podkreślając, że bardzo dużo kwestii wymaga jeszcze wyjaśnienia.

Projekt po prostu ekonomicznie się nie składa, więc trzeba podjąć decyzję, albo go robimy, albo nie, a nie powtarzamy od 13 lat, że takie przedsięwzięcie jest możliwe. Potrzebni są też poważni partnerzy, bo z Ukraińcami jest problem. Raz chcą, raz nie chcą, a czasami chcą i nie chcą na raz. Tak naprawdę w naszej branży mamy bardzo złe stosunki gospodarcze z Ukrainą. Kilka lat temu zablokowali nam dostawy gazu ze złóż obsługiwanych przez PGNiG, a i obecnie, mimo uchwał rządu, sądu i parlamentu, nic się nie zmieniło. W 2004 r. zakręcili nam ropę. To jest bardzo nieprzewidywalny partner.

Ale podstawowy problem jest taki, że nie ma surowca do wypełnienia tego rurociągu. Azerowie mają całą ropę sprzedaną na wiele lat do przodu, a tylko niewielkie ilości idą przez Ukrainę na Białoruś, w ramach wymiany z Wenezuelą. To nie wystarczy na 25 mln t rocznie dla polskich rafinerii. Dlatego jedyną nadzieją był Kazachstan, ale tam są zbyt duże naciski rosyjskie i inwestycje chińskie, więc stamtąd ropy nie będzie. Dlatego inwestycja PERN jest o wiele bardziej opłacalna, a przede wszystkim bezpieczniejsza.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Piotr Frankowski