Mariusz Witoński, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej (PTMEW)

Potencjał już mamy

Z Mariuszem Witońskim, wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej (PTMEW), rozmawia Piotr Frankowski.

– Kiedy możemy spodziewać się u polskich wybrzeży pierwszych morskich farm wiatrowych?

– Wiele wskazuje na to, że nastąpi to jeszcze przed 2020 r. Dużo zależy od tego, jak sprawnie przebiegać będą procedury formalnoprawne związane z przygotowaniem projektów budowy farm wiatrowych na morzu. Nie wszystkie wątpliwości zostały już wyjaśnione. Pozostaje cały obszar niepewności związanych z systemem wsparcia produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, jak i technicznych możliwości przyjęcia tej energii przez krajowy system elektroenergetyczny. Jeżeli jednak nie pojawią się poważne przeszkody lub wspomniane problemy zostaną możliwie szybko rozwiązane, można spodziewać się, że ok. 2019 r., lub nawet wcześniej, powinny ruszyć budowy pierwszych farm wiatrowych. Natomiast rzeczywisty rozwój tej branży powinien nastąpić w latach 2020-2025.

– Perspektywa jest dosyć odległa.

– W polskich warunkach musimy zakładać okres ok. 6-7 lat na przejście całej procedury związanej z otrzymaniem decyzji lokalizacyjnych, decyzji środowiskowych, warunków przyłączenia, a następnie z uzyskaniem pozwolenia na budowę.

– Jakie warunki musi spełnić projekt budowy morskiej farmy wiatrowej, aby został zaakceptowany.

– Istnieje kilka faz przygotowania takiego przedsięwzięcia. Pierwszym krokiem jest otrzymanie decyzji lokalizacyjnej, zgodnie z ustawą nazywaną „decyzją o pozwoleniu na wznoszenie i wykorzystywanie sztucznych wysp, konstrukcji i urządzeń w polskich obszarach morskich”. Tytuł zawiły i niemający nic wspólnego z usypywaniem sztucznych wysp na Bałtyku. Samo pozwolenie ma charakter decyzji lokalizacyjnej, określającej ogólne warunki realizacji inwestycji oraz przyznającej inwestorowi prawo do operowania na danym akwenie.

Następnym etapem jest decyzja środowiskowa. W tym zakresie inwestor zobowiązany jest do wykonania raportu oddziaływania inwestycji na środowisko. Według opinii ekspertów z Instytutu Morskiego w Gdańsku, cykl badań niezbędnych do przygotowania takiego raportu trwać może nawet 2-3 lata.

Kolejny krok to uzyskanie pozwolenia na budowę. Trzeba pamiętać, że nie chodzi tylko o budowę samej farmy, ale także o jej przyłączenie do systemu elektroenergetycznego na lądzie, dlatego po otrzymaniu decyzji lokalizacyjnej inwestor musi uzyskać również warunki przyłączenia do sieci, w których określone zostanie m.in. miejsce przyłączenia i maksymalna moc przyłączeniowa danej farmy. Procedury ustala co prawda ustawa „Prawo energetyczne”, ale trzeba pamiętać, że w Polsce nie ma żadnych doświadczeń z przyłączeniem tego typu obiektów morskich. Oczywiście, w ślad za tym pojawi się cała masa dodatkowych postępowań, które będą dotyczyły np. kabla eksportowego, który połączy farmę z lądem. Dla obszaru wyłącznej strefy ekonomicznej pozwolenia takie wydaje minister, a w przypadku morza terytorialnego zgodę musi wydać dyrektor Urzędu Morskiego.

Trzeba również pamiętać, że budowa farmy morskiej wymusza także realizację inwestycji infrastrukturalnych na lądzie. W tym zakresie mamy dodatkowo do czynienia z planami zagospodarowania przestrzennego i innymi ustaleniami z gminami czy właścicielami gruntów.

Jeśli więc spojrzymy na ten proces jako całość, to trudno sobie wyobrazić, że okres 6-7 lat jest zbyt długi. Dlatego trzeba powiedzieć, że perspektywa 2020 r. jest możliwa, aczkolwiek ambitna. Musimy też pamiętać, że Unia Europejska wymaga, aby do 2020 r. energia ze źródeł odnawialnych stanowiła 15% całej produkcji.

– Czy tak długie terminy wynikają z tego, że na gruncie polskim, są to dziewicze inwestycje, czy też takie ramy czasowe obowiązują również w Europie?

– Po części mamy do czynienia z procedurami, których czas trwania jest podobny we wszystkich krajach europejskich, jak np. procedury lokalizacyjne czy środowiskowe. Dlatego tak długi okres przygotowania inwestycji, w perspektywie doświadczeń europejskich nie jest niczym specjalnym. Naszym wyzwaniem będzie przygotowanie się do realizacji skomplikowanych przedsięwzięć infrastrukturalnych, a w przypadku operatora systemu przesyłowego, do współpracy z nowymi źródłami wytwórczymi, jakimi będą morskie farmy wiatrowe. Należy zakładać, że będą to prawdopodobnie nowe parametry pracy systemu przesyłowego, wynikające z zastosowania rozwiązań stałoprądowych, jak i niespotykane dotąd w energetyce wiatrowej w Polsce łączne moce przyłączeniowe – mówimy o farmach morskich o mocy rzędu nawet kilkuset MW każda. Są to uwarunkowania, z którymi będziemy mieli w Polsce do czynienia po raz pierwszy. Tak więc przed nami na pewno kilka lat bardzo ciekawych doświadczeń.

– Jakie obszary w polskiej strefie najlepiej nadają się na lokalizację farm?

– Trudno wskazywać szczegółowo konkretne akweny, które są specjalnie do tego predystynowane, gdyż w każdym przypadku mamy do czynienia z różnego rodzaju uwarunkowaniami środowiskowymi, prawnymi, ekonomicznymi, technologicznymi i społecznymi. Łatwiej w sposób jednoznaczny określić ograniczenia czy nawet wyłączenia lokalizacyjne. Wynikają one m.in. ze wskazania granicy morza terytorialnego, przebiegającej 12 Mm od brzegu, jako nieprzekraczalnej dla realizacji morskich farm wiatrowych, co zostało zapisane w znowelizowanej w ub.r. ustawie o obszarach morskich. Oznacza to, że żadna farma wiatrowa w Polsce nie powstanie bliżej niż w odległości ok. 20 km od brzegu. Ma to istotne znaczenie dla gmin nadmorskich i sektora turystyki, gdyż takie rozstrzygnięcie powinno skutecznie zapobiec konfliktom między budową i eksploatacją morskich farm wiatrowych a rozwojem turystyki na wybrzeżu. Jak wiemy, w przeszłości podejmowano w Polsce próby lokalizacji farm bliżej brzegu, ale spotykało się to z bardzo ostrymi reakcjami społeczności lokalnej.

– Gdzie jeszcze na pewno nie powstaną farmy wiatrowe?

– Na obszarach objętych ochroną w ramach systemu Natura 2000. Praktycznie oznacza to wyłączenie centralnej części Ławicy Słupskiej i znacznej części akwenów przy naszej granicy zachodniej.

Dochodzą do tego także warunki głębokościowe. Po wyłączeniu obszarów płytkowodnych w strefie 12 Mm od brzegu i Ławicy Słupskiej, czyli obszaru największego spłycenia na południowym Bałtyku, do dyspozycji pozostają obszary o głębokości nawet do 50 m, choć najbardziej dogodne są te w przedziale 20-40 m. Inwestorzy są zainteresowani budową morskich farm wiatrowych na jak najpłytszych wodach ze względu na koszty posadowienia i konstrukcji wsporczych. Tak czy inaczej, po wyłączeniu wyłącznej strefy ekonomicznej i obszarów chronionych, do dyspozycji pozostają nadal znaczne obszary, szacowane na ponad 5 tys. km².

Należy jednak mieć na uwadze, że na polskich obszarach morskich występują też inne ograniczenia, wynikające np. z przebiegu tras nawigacyjnych, koncesji geologicznych czy też obszarów o przeznaczeniu militarnym. Dostępny obszar znowu się więc nieco zawęża, ale nadal pozostaje spory i nawet z uwzględnieniem wszystkich ograniczeń, Polska dysponuje największym na Bałtyku potencjałem lokalizacyjnym, który teoretycznie umożliwia budowę farm o łącznej mocy nawet 15-20 GW. Według wstępnych założeń, do 2020 r. będziemy jednak w stanie zrealizować i przyłączyć do naszego systemu elektroenergetycznego maksymalnie tylko 1 GW, zaś do 2025 r. prawdopodobnie do 5 GW. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że analizując możliwości przyłączenia znacznych mocy generacji wiatrowej na morzu, trzeba brać pod uwagę również plany rozwoju energetyki jądrowej.

– Czy program rozwoju energetyki jądrowej w Polsce zagraża w jakiś sposób morskiej energetyce wiatrowej?

– Nie powiedziałbym, że zagraża, ale…Plany rozwoju energetyki jądrowej w Polsce mają zarówno swoją historię, jak i stosunkowo realną perspektywę realizacji, kreśloną obecnie przez decydentów kształtujących naszą politykę energetyczną. Oficjalnie ogłoszono plany rozwoju energetyki jądrowej i wybrano wstępne lokalizacje. Od lat 80. XX w. przygotowywany jest do tego Żarnowiec i w związku z tym pewne kluczowe elementy infrastruktury przesyłowej są już przygotowane dla tej lokalizacji. Siłą rzeczy plany realizacji „jądrówki” wpływają na planowanie rozwoju systemu przesyłowego. Jeśli Polska wybuduje elektrownią atomową, odpowiednio wpłynie to na wielkość dostępnych mocy przyłączeniowych w systemie. Jeśli zaś odstąpimy od budowy elektrowni jądrowej, to morskie farmy wiatrowe mogą w pewnym sensie zająć miejsce, które w systemie przygotowywane jest dla generacji jądrowej.

– Według informacji Ministerstwa Transportu, wpłynęło 59 projektów budowy farm wiatrowych, a pierwsze pozwolenia są już wydawane. Zainteresowanie jest więc raczej spore.

– Faktycznie, według nieoficjalnych informacji udzielanych przez resort transportu, wpłynęło ok. 60 wniosków, z czego 40 zostało oficjalnie opublikowanych na stronie internetowej ministerstwa. Obecnie znajdują się one w różnych fazach procedury administracyjnej, czekając na ogłoszenie, albo są weryfikowane. Można więc mówić o bardzo dużym zainteresowaniu inwestorów, znacznie przewyższającym to, czego spodziewał się resort.

Wiemy też, że wydano już kilka pierwszych pozwoleń. Ich otrzymanie potwierdzono w przypadku Kulczyk Investments czy PGE. Oznacza to, że 2012 r. będzie ważną cezurą – pojawią się pierwsze decyzje lokalizacyjne, za którymi muszą pójść dalsze działania inwestorów, w tym starania o uzyskanie warunków przyłączenia do sieci, decyzji środowiskowych i pozwoleń na budowę. Na uzyskanie tych ostatnich inwestorzy mają, zgodnie z ustawą, 6 lat od wydania decyzji lokalizacyjnej, z możliwością warunkowego przedłużenia terminu dodatkowo o 2 lata.

– Jak w Polsce wygląda potencjał produkcyjny elementów morskich farm wiatrowych? Jakie będzie jego znaczenie w momencie, kiedy rozpocznie się realizacji inwestycji na wodach polskich?

– PTMEW już od kilku lat prowadzi działania na rzecz promocji budowy krajowego potencjału produkcyjnego dla morskiej energetyki wiatrowej, m.in. na bazie naszego przemysłu stoczniowego. Daje to bowiem ogromną szansę uczestnictwa znaczącej części polskiego przemysłu w olbrzymim boomie inwestycyjnym, który obecnie ma miejsce, głównie w krajach basenu Morza Północnego. Od kilku lat trwa tam niezwykle intensywny rozwój morskiej energetyki wiatrowej, na którym korzysta przemysł maszynowy, stalowy czy ciężki, ale przede wszystkim stoczniowy. Rozwój morskiej energetyki wiatrowej na Morzu Północnym spowodował, iż w krajach takich jak Niemcy, Dania, Wielka Brytania czy Norwegia następuje gwałtowna rewitalizacja sektora stoczniowego i jego przekształcanie w kierunku produkcji i obsługi morskich elektrowni wiatrowych, konstrukcji wsporczych czy jednostek pływających potrzebnych do budowy farm wiatrowych na morzu.

Oznacza to, że mamy szansę rozwijać i doskonalić nasz potencjał produkcyjny w bardzo konkurencyjnych warunkach rynkowych, stymulujących wzrost efektywności, podnoszenie standardów jakościowych i innowacyjność. Sztandarowym przykładem jest stocznia Crist, która podpisała kontrakt na trzecią już z kolei jednostkę do budowy morskich farm wiatrowych, czy też Energomontaż-Północ Gdynia, specjalizujący się w realizacji elementów konstrukcyjnych podzespołów energetycznych. Swój potencjał rozwija konsekwentnie GSG Towers, spółka córka Stoczni Gdańsk, która co prawda produkuje wieże dla elektrowni budowanych na lądzie, ale docelowo zainteresowana jest sektorem morskim. Ostatnio pojawiła się kolejna duża inicjatywa biznesowa, czyli plany budowy na terenie Stoczni Remontowej Gryfia w Szczecinie fabryki konstrukcji wsporczych dla morskich elektrowni wiat rowych, gdzie partnerami ze strony polskiej będą Gryfia i Crist, a ze strony niemieckiej Bilfinger Berger.

Na naszych oczach powstaje więc w Polsce potężny przemysł dedykowany morskiej energetyce wiatrowej, który w ciągu kilku najbliższych lat może stać się bardzo istotnym elementem gospodarki regionów nadmorskich, generując znaczne przychody i nawet kilkutysięczne zatrudnienie. Zwłaszcza, gdy za kilka lat rozpoczniemy budowę pierwszych farm wiatrowych zlokalizowanych w polskich obszarach morskich.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Piotr Frankowski