A lotnisko czeka

A lotnisko czeka

Ponad 2 lata temu, w lutym 2014 r., Komisja Europejska (KE) uznała, że pieniądze publiczne, jakie samorządy Gdyni i Kosakowa wyłożyły na przekształcenie części wojskowego lotniska w cywilne, zostały wydatkowane nielegalnie i nakazała ich zwrot.

Chodziło o kwotę 91,7 mln zł. Doprowadziło to w konsekwencji do ogłoszenia upadłości spółki, która miała zarządzać przyszłym portem lotniczym, co nastąpiło 7 maja 2014 r. Wprawdzie rok później Komisja przyznała się do błędu i wydała kolejną decyzję, wycofując się z części postawionych zarzutów, ale „mleko się rozlało”: niemal ukończona inwestycja została wstrzymana, a miejsce zarządu spółki zajął syndyk.

Postępowanie KE było o tyle kuriozalne, że jej poprzednia decyzja została już wcześniej przez wspomniane samorządy zaskarżona i stała się przedmiotem postępowania przed Sądem Europejskim w Luksemburgu. Wysoka Komisja nie zauważyła bowiem, że znaczną część wspomnianych środków publicznych pochłonęły „koszty bezpieczeństwa”, takie jak: ogrodzenie ogromnego obszaru lotniska (ponad 700 ha!), przebudowa i modernizacja infrastruktury drogowej, energetycznej, kanalizacyjnej, telekomunikacyjnej, stacja paliw, budynki administracyjne, zabezpieczenia przeciwpożarowe, czyli rzeczy, które trudno byłoby zakwalifikować jako „przyznające nienależną przewagę konkurencyjną” spółce zarządzającej lotniskiem. Jeśli już, to bezpośrednim beneficjentem wydatkowania tych środków stała się Agencja Mienia Wojskowego, a pośrednio Skarb Państwa, czyli właściciel gruntu, z którym trwale wszystkie te inwestycje zostały związane. Ustalenie, co wchodzi w skład owych „kosztów bezpieczeństwa”, a co nie, stało się zresztą przedmiotem sporu między syndykiem masy upadłościowej a KE, gdyż ta ostatnia w swojej ponownej decyzji tego nie sprecyzowała. A jest przecież bardzo istotne ustalenie, jaka to część pieniędzy, jako nienależnie wydatkowanych, podlega zwrotowi.

Z tym zwrotem będzie miał zresztą syndyk problemy, gdyż majątek upadłej spółki ogranicza się praktycznie do ruchomości, gdyż właścicielem wybudowanych przez nią nieruchomości stał się Skarb Państwa. Środki na pokrycie zobowiązań wobec wierzycieli mogą więc pochodzić tylko ze sprzedaży 2 wozów strażackich (używanych), mebli biurowych, komputerów i może jeszcze ekspresów do kawy. Trudno raczej bowiem liczyć na reflektantów na specjalistyczne urządzenia służące odprawom pasażerów i bagażu, zamówione pod konkretne potrzeby i specyficzne warunki hali lotniskowej.

Wiele wskazuje na to, że KE, nakazując zwrot pieniędzy i wstrzymując inwestycje na lotnisku w Kosakowie tuż przed ich ukończeniem (stan zaawansowania prac 98%), uległa „czarnej propagandzie”, której inspiratorów nie trudno się domyślić. Przede wszystkim – gminy Gdynia i Koskowo nie budują lotniska, gdyż istnieje ono tam już od 80 lat. Ma 2 pasy startowe (w tym jeden o długości 2500 m oraz szerokości 60 m), drogi kołowania, wieżę kontroli lotów i wszystko, co niezbędne do jego funkcjonowania. Chodziło tylko o to, by – stosunkowo niewielkim kosztem – umożliwić wykorzystywanie go nie tylko do celów wojskowych, ale również jako lotnisko cywilne.

Przypomnijmy (pisaliśmy o tym w „Namiarach” 11/2014), że to Sejm RP w październiku 2008 r., znowelizował ustawę o gospodarowaniu majątkiem Skarbu Państwa i Agencji Mienia Wojskowego, właśnie w tym celu, by umożliwić wykorzystywanie obiektów wojskowych – w tym lotnisk – na cele cywilne. Samorządy lokalne bardzo do tego zachęcano. Już 11 lat temu gdyński aeroport ujmowano w rządowym programie rozwoju sieci lotnisk. Został on również wpisany do „Strategii rozwoju transportu województwa pomorskiego na lata 2007-2020” (z czego się później po cichu wycofano).

Początkowo zakładano, że oba trójmiejskie lotniska znajdować się będą pod wspólnym zarządem, ale władze Gdańska i gdańskiego aeroportu ten pomysł wyraźnie sabotowały. Stąd samorządy Gdyni i Kosakowa postanowiły zrealizować projekt samodzielnie. Dzięki wspomnianej ustawie, we wrześniu 2010 r., podpisana została umowa użyczenia im na 30 lat przez Skarb Państwa 253 (z ponad 700) ha lotniskowych terenów.

Nie jest więc tak, że to lokalni samorządowcy parli do utworzenia „własnego” lotniska, gdyż takie były założenia krajowej i regionalnej polityki transportowej, konsekwentnie zresztą popierane przez kolejnych ministrów od transportu – niezależnie od reprezentowanej przez nich opcji politycznej. Mimo to, w krajowych mediach przeprowadzono nagonkę, przypisując władzom Gdyni i Kosakowa wybujałe ambicje i stawiając zarzut karygodnej niegospodarności. A KE – najwyraźniej – ten „czarny PR” bezkrytycznie przyjęła, gdyż akurat wtedy przykładów nietrafionych inwestycji infrastrukturalnych pojawiło się w Europie wiele.

Efekt jest taki, że lotnisko, jako obiekt wojskowy, będzie nadal utrzymywane wyłącznie ze środków publicznych, gdyż wojsko nie przewiduje jego likwidacji. Szansa, że część kosztów jego utrzymania pokrywać będzie spółka cywilna, została – przynajmniej na jakiś czas – zaprzepaszczona.

Lotniczy port cywilny mógłby „wystartować” w ciągu kilku miesięcy. Gotowe są: wewnętrzny i zewnętrzny układ drogowy, parkingi, miejsca postojowe dla autobusów, taksówek, VIP-ów, służb lotniskowych, rowerów, oświetlenie, chodniki i ścieżki rowerowe oraz wszelkie instalacje. Gotowy jest budynek, w którym miały mieścić się zarząd portu, straże ochrony lotniska i graniczna, policja i celnicy oraz straż pożarna. Jest stacja paliw, nowy system oświetleniowy pasa startowego oraz dróg kołowania. Niedokończony pozostaje tylko budynek terminalu pasażerskiego.

Decyzja KE oraz postępowanie toczące się przed Trybunałem Europejskim blokują możliwość dysponowania tym majątkiem. Zdaniem Katarzyny Gruszeckiej-Spychały, wiceprezydent Gdyni, dopóki nie zostanie rozstrzygnięty spór sądowy, nikt nie zaryzykuje kupna upadłej spółki, nie mając gwarancji, że KE udzieli lotnisku zezwolenia na prowadzenie działalności. A chętnych jest podobno wielu. I nie są to przypadkowe podmioty, lecz firmy działające od wielu lat w branży lotniczej.

Od momentu pierwszej decyzji Komisji wiele się bowiem na rynku lotniczym zmieniło. Polska zalicza się do krajów o najszybciej rosnącej mobilności lotniczej. Wskaźniki wzrostu są wyższe niż te, które brano pod uwagę decydując się na uruchomienie gdyńskiego lotniska, a które zaledwie parę lat temu KE uznała za przesadzone. Co więcej, lotnisko w Rębiechowie nie zaspokaja już wszystkich potrzeb lotniczych aglomeracji, zwłaszcza jeśli chodzi o ruch tzw. general aviation, czyli małych samolotów. Wiadomo, że takiego ruchu nie zdoła obsłużyć port dysponujący jednym pasem startowym i obsługujący ponad 3 mln pasażerów rocznie.

Kosakowskie lotnisko, dysponujące dwoma nawet drogami startowymi, będzie więc rychło potrzebne nie tyle Gdyni, co całej liczącej 2,5 mln osób aglomeracji (dla porównania: ruch lotniczy w aglomeracji Oslo, znacznie mniejszej od trójmiejskiej, obsługuje 5 lotnisk, a podobnie jest w wielu innych krajach europejskich).

Tymczasem nie wiadomo, kiedy zakończy się spór w Trybunale Europejskim. Wspomniane manewry Komisji, ze zmianą decyzji, uczyniły go jeszcze bardziej przewlekłym. Nie wyznaczono nawet terminu pierwszej rozprawy i – zdaniem prezydent Gruszeckiej-Spychały – niewielkie są szanse, by odbyła się ona w br. Można się spodziewać, że – niezależnie od tego kto wygra – strony zechcą się od wyroku odwołać. To oznacza, że sprawa może się toczyć przez lata. Prawie gotów do użytku port lotniczy w Kosakowie będzie tymczasem czekał i niszczał, chociaż chętnych do jego przejęcia nie brakuje.

Maciej Borkowski