Czy portom potrzebne są wycieczkowce?

A konkretnie: czy potrzebne są one naszym portom? Odpowiedź na pozór wydaje się oczywista: wielkie wycieczkowce nobilitują przecież port, przywożąc tysiące pasażerów, rozsławiając miasto, region, kraj. Ale czy samym portom się to zwyczajnie opłaca?

Wiele wskazuje na to, że wizyty wielkich jednostek pasażerskich stają się dla odwiedzających je portów coraz bardziej kłopotliwe, związane z coraz to większymi kosztami, którymi miasta portowe czy regiony niezbyt skłonne są się z nimi dzielić. A przecież te tysiące turystów, które przybywają na statkach, swoje pieniądze wydają nie w samych portach, lecz – jeśli już – to w jego bliższym i dalszym otoczeniu.

Już w 2006 r. Komisja Europejska zaleciła, aby porty i żegluga przygotowywały się do zaopatrywania statków w energię elektryczną z nabrzeży, by ich własne agregaty prądotwórcze, w czasie postoju, nie zanieczyszczały powietrza. Prawdziwie zniechęcić do zapraszania do portów wielkich wycieczkowców mogą dopiero przepisy obligujące do odbioru ścieków ze statków. Taki wycieczkowiec, na którym mogą przebywać ponad 3 tys. pasażerów i jeszcze z 1,5 tys. członków załogi, produkuje tyle ścieków co małe miasteczko albo kilka hoteli.

Zatem zyski, jakie porty czerpią z obsługi statków wycieczkowych, pozostają w rażącej dysproporcji do kosztów, jakie ponoszą i będą musiały ponieść, żeby je, zgodnie z wprowadzanymi przepisami, przyjmować (kable, kanały w nabrzeżach, może własna oczyszczalnia oraz pływająca elektrownia, plus utrzymanie tego wszystkiego). Rachunek kosztów i zysków nijak nie spina się. Trudno oczekiwać, by port angażował się w taki interes, w ramach którego przez parę miesięcy w roku, sporadycznie, i tylko przez kilkanaście godzin, móc przyjmować kilkadziesiąt wycieczkowców. Ładnych, ale z punktu widzenia dochodów, niewiele znaczących. Miejsca, jakie zajmują przy nabrzeżach, można wszak wykorzystać z większym dla portów pożytkiem (więcej w „Namiarach na Morze i Handel” 9/2017)