To precedens: chyba nigdy jeszcze przed polski sąd nie pozwano spółki z udziałem Skarbu Państwa za działania jej rady nadzorczej, a nie zarządu czy właściciela. Ale to właśnie radzie zarzuca się, iż jej decyzje były niezgodne z przepisami prawa, gdyż naruszyły zasady współżycia społecznego, dobrą praktykę kupiecką, były niestaranne, a nawet prowadzone ze złą wolą.

Chodzi o radę nadzorczą Zarządu Morskiego Portu Gdańsk. Pozywającym jest maltańska spółka Mariner Capital Ltd, która wygrała przetarg na kupno spółki operatorskiej Port Gdański Eksploatacja (PGE). Postępowanie przed Sądem Rejonowym w Gdańsku powoli dobiega końca. W lipcu br. przesłuchani mają być ostatni już świadkowie, a pod koniec sierpnia br. nastąpi zapewne wysłuchanie stron. We wrześniu br. powinien zapaść wyrok.

Przypomnijmy historię sporu: spółkę PGE wcześniej próbowano prywatyzować bezskutecznie 3 razy. W czwartym przetargu, który odbył się w 2014 r., najlepszą ofertę złożył właśnie Mariner Capital Ltd, wygrywając rywalizację z kilkoma konkurentami, których oferty nie spełniły wymagań ZMPG. Spółka ta legitymowała się wieloletnim doświadczeniem w eksploatacji terminali portowych; była już operatorem kilku, w tym jednego na Bałtyku (patrz: „Namiary na Morze i Handel” 1/2015).

W efekcie rozstrzygniętego prawidłowo przetargu, 17 listopada 2014 r., parafowana została przez zarząd portu oraz właściciela Mariner Capital umowa przedwstępna, dotycząca zbycia akcji PGE. Jeszcze pod koniec tamtego roku potencjalny nabywca porozumiał się z ZMPG, właścicielem PGE, co do warunków przejęcia spółki (w którą dodatkowo zobowiązywał się zainwestować 26 mln euro) oraz ze związkami zawodowymi, co do pakietu socjalnego: 5-letnich gwarancji zatrudnienia, układu zbiorowego, premii prywatyzacyjnej i corocznych podwyżek. Wydawało się, że zatwierdzenie sprzedaży przez radę nadzorczą oraz ministra reprezentującego Skarb Państwa będzie formalnością.

Jednak rada, która 14 stycznia 2015 r. miała podjąć uchwałę w sprawie zbycia aktywów portowych, głosami przedstawicieli ówczesnego ministra Skarbu Państwa postanowiła jej nie wydawać (przedstawiciele gminy Gdańsk w radzie, będący w mniejszości, byli przeciwnego zdania), chociaż już 10 dni później miało się odbyć  nadzwyczajne walne zgromadzenie, władne podjąć ostateczną decyzję w sprawie sprzedaży PGE. Ale ono również takiej uchwały nie podjęło. (Mimo to, wypełniając swoje zobowiązania, w lutym, gdy upływał termin umowy przyrzeczonej, na rachunku bankowym złożone zostało przez Marinera zabezpieczenie finansowe transakcji, której wartość przekraczała 80 mln zł). Ani RN ZMPG, ani ówczesny minister skarbu, występujący wówczas w roli walnego zgromadzenia akcjonariuszy, nie uznali za stosowne w jakikolwiek sposób uzasadnić swoich decyzji, a nawet powiadomić o nich drugą stronę, czyli Mariner Capital Ltd. Nie uczyniono tego mimo licznych pisemnych interwencji ze strony spółki, a nawet ambasadora Republiki Malty w Polsce.

Z przekazów medialnych można było domniemywać, że to dziwne postępowanie wynikało z zakulisowych działań przedsięwziętych w ministerstwach skarbu oraz infrastruktury, a także w samym ZMPG, przez konsorcjum spółek PKP Cargo i Węglokoks, które, podobnie jak jeszcze kilka innych firm, przegrało przetarg na kupno PGE, gdyż złożyło gorszą ofertę. Próbowano podważać wiarygodność i kompetencje przyszłego właściciela spółki, a zwłaszcza źródła pochodzenia jego kapitału. Ministerstwo Skarbu, ówczesny większościowy właściciel ZMPG, oraz Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, sprawujące merytoryczny nadzór nad portami, zamiast stać na straży przejrzystości procedur i kryteriów przetargowych, w przypadku prywatyzacji PGE nie zajęły stanowiska i tak jest nadal.

Sprawa trafiła więc do sądu. Jak wspomniano, przesłuchano już prawie wszystkich świadków. A znajduje się wśród nich dwoje byłych ministrów, Maria Wasiak Włodzimierz Karpiński, dwoje wiceministrów, Rafał BaniakDorota Pyć, dyrektorzy i wicedyrektorzy ministerialnych departamentów, w tym Katarzyna Krzywda, niegdyś wicedyrektor departamentu w MTBiGM, a obecnie dyrektor w MGMiŻŚ, Jakub Karnowski, prezes Grupy PKP, Adam Purwin, prezes PKP Cargo, Jerzy Podsiadło, prezes Węglokoksu, Dorota Raben, prezes ZMPG, a przede wszystkim ówcześni przedstawiciele ministra Skarbu Państwa w RN ZMPG, których głosy zadecydowały o powstaniu obecnej, patowej sytuacji.

Występując z pozwem, spółka Mariner zwróciła się do sądu o zakaz sprzedaży PGE do czasu rozstrzygnięcia sporu. Sąd w lipcu 2015 r.przychylił się do wniosku, ale zakaz ten został zdjęty w styczniu 2016 r., gdyż nie zanosiło się na to, że udziały portu w PGE zostaną rychło zbyte. Obraz, jaki się wyłania z dotychczasowych zeznań, które świadkowie już złożyli przed sądem, jest mało budujący, świadczący o szeregu nieprawidłowości, chociażby w kwestiach kompetencyjnych, o naruszaniu dobrych obyczajów handlowych nie wspominając. Jak deklaruje właściciel maltańskiej spółki, Marin Hili, jest on nadal zainteresowany kupnem gdańskiej spółki portowej. Od sądu oczekuje wyroku, który miałby zastąpić umowę sprzedaży, zawartą na warunkach wynegocjowanych w 2014 r, której ostateczne podpisanie uniemożliwiła RN ZMPG.

Niezależnie od tego, kierując się sugestiami z różnych stron, w tym z zarządu portu, podejmowane były próby pozasądowego, ugodowego załatwienia sprawy. W minionych 2 latach rozmawiano kilkukrotnie z zarządami PKP Cargo i Węglokoksu, czyli uczestnikami konsorcjum, które odpadło w przetargu na zakup PGE i było domniemanym sprawcą obstrukcji przy realizacji sprzedaży tej spółki. Mimo obiecujących początkowo wyników tych rozmów, które zaowocowały nawet sporządzeniem wstępnego projektu listu intencyjnego, do ugody dotąd nie doszło.

Powodem niechęci do kontynuowania negocjacji mogą też być sygnały płynące z Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, w którego ręku skupione są obecnie kompetencje właścicielskie i nadzorcze obu poprzednich ministerstw, jeśli chodzi o porty. Spółka PGE znajduje się w coraz gorszej kondycji, tak jeśli chodzi o finanse, jak i kapitał ludzki (starzenie się załogi). W należącym do niej Gdańskim Terminalu Kontenerowym od pół roku nie ma żadnych przeładunków burtowych. Związki zawodowe, których członkowie liczyli na rychłą poprawę sytuacji spółki pod rządami nowego właściciela i na obiecane w zawartym z nim porozumieniu socjalne profity, wystosowały skargi do premiera i prezesa PiS, domagając się z ich strony interwencji.

Mimo to, nie widać chęci do szybkiego rozwiązania sprawy. Obecne władze nie są raczej zwolennikami przekazywania własności państwowej w ręce prywatne, stąd i w przypadku sprzedaży PGE trudno się spodziewać, że rozwiązanie zgodne z wcześniejszym rozstrzygnięciem przetargu i zawartymi umowami będzie przez nie popierane. Takie też wnioski można wysnuć z wypowiedzi obecnego szefa resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marka Gróbarczyka. Podczas wizyty w porcie gdańskim, będącej najwyraźniej efektem wspomnianej skargi związkowców, dał on do zrozumienia, że ministerstwo rozważa inne warianty rozwiązania sprawy. Wspomniano tam o możliwości wniesienia akcji PGE do jakiejś nowej spółki, powołanej z udziałem innych podmiotów, np. Węglokoksu. Takie rozwiązanie byłoby jednak sprzeczne z obowiązującą ustawą portową, gdyż ta wymaga, aby udziały zbywane były wyłącznie w drodze przetargu publicznego.

Rozważany jest też kolejny wariant: dokonanie w obowiązującej ustawie portowej zmiany polegającej na usunięciu z niej zakazu posiadania przez zarządy portów udziałów w spółkach eksploatacyjnych i samodzielnego prowadzenia działalności eksploatacyjnej, czyli powrót do sytuacji ex ante. PGE mogłaby więc być wtedy np. bezpośrednio zarządzana przez ZMPG. Rozwiązanie to budzi jednak ogromne kontrowersje i sprzeciw operatorów portowych, którzy kiedyś swoje spółki zakładali, bądź od portów kupowali czy przejmowali.

Na polubowne rozstrzygnięcie sporu nie ma więc widoków. Pozostaje czekać na jego sądowy finał. Sprawa, jak wspomniano, ma charakter precedensowy. Strona pozwana zamierza dowodzić, że pozywający nie miał prawa skarżyć spółki za działania jej rady nadzorczej. Ale to przecież rada była bezpośrednim sprawcą obecnego sporu, a nie zarząd. Maltańska spółka Mariner Capital domaga się po prostu, żeby zawarte umowy zostały dotrzymane. Inkryminowani członkowie RN  ZMPG oraz ich mocodawcy najwyraźniej o maksymie pacta sunt servanda zapomnieli, bądź nie słyszeli.