Wojciech ŚlączkaZ dr. hab. inż. Wojciechem Ślączką, prof. AM, rektorem Akademii Morskiej w Szczecinie (AMS), rozmawia Piotr Frankowski.

– W nawiązaniu do pana wystąpienia na ostatnim Kongresie Morskim, w części poświęconej szkolnictwu w aspekcie innowacyjnej gospodarki, chciałem zapytać, w jakim zakresie szkolnictwo wyższe może być elementem innowacyjnej gospodarki morskiej?

– Jeśli na uczelni wykonywane są badania naukowe i mają one zastosowanie aplikacyjne, czyli są realizowane na potrzeby przemysłu, a efekty tych badań są następnie przekształcane w prostą wiedzę, którą można przekazać nowym pokoleniom, wówczas kreujemy innowacyjny proces kształcenia wynikający właśnie z tych badań. Dlatego naszą ideą jest funkcjonowanie uczelni morskiej jako ośrodka badawczo-dydaktycznego, gdzie pierwiastek badawczy zapewnia nam wartość dodaną, którą możemy potem w ramach wiedzy wynikającej z innowacji przekazywać młodym ludziom. To jest nie do zastąpienia. Uczelnia dydaktyczna bez pierwiastka badawczego sprawia, że nauczanie opiera się na wiedzy pozyskiwanej z literatury światowej, nie na dorobku naukowym pracowników danej jednostki, co powoduje, że jest to działanie odtwórcze. Badania są kreatorem, mają siłę sprawczą.

– Kto powinien inspirować te badania? Uczelnia czy biznes?

– W tym zakresie aktywne są obie strony. Często działa to w ten sposób, że to przemysł zwraca się z jakimś tematem i okazuje się on bardzo dobrym problemem badawczym, który można rozwiązać kreując nowy produkt czy usługę. Podobnie uczelnia, obserwując to, co dzieje się w przemyśle, a w naszym przypadku w branży morskiej, jest w stanie zaproponować nowe rozwiązania lub usprawnienia. Takim przykładem może być np. system wspierający bezpieczeństwo nawigacji NAVDEC, system automatycznego cumowania statków czy kombajn do pozyskiwania energii z fal morskich, nad którym właśnie pracujemy. To wszystko są projekty wychodzące naprzeciw potrzebom, które pojawiają się na rynku. W przypadku kombajnu do pozyskiwania energii, wspólnie z przedsiębiorcą stworzyliśmy projekt, a obecnie jesteśmy na etapie oceny wniosku projektowego w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju. I już teraz pojawiają się firmy, które chcą współpracować przy tym przedsięwzięciu oraz są zainteresowane jego wdrożeniem.

Dlatego podkreślam – musimy dostrzegać, co dziele się w przemyśle i sami proponować rozwiązania, ale też być bardzo otwarci na jego potrzeby. Nigdy nie ma złych pytań. Każde można przeanalizować i spróbować na nie odpowiedzieć.

– Jak pan ocenia współpracę na linii szkolnictwo wyższe – biznes?

– Jest coraz lepiej, ale daleko nam jeszcze do modelu np. amerykańskiego czy brytyjskiego. Niestety często można spotkać firmy, które mają opór przed przystąpieniem do partnerstwa w projekcie ze względu na wysokość udziału własnego. Ale staramy się to rozumieć. Moim zdaniem brakuje u nas różnego rodzaju zachęt czy wsparcia, np. w zakresie odpisów od podatku czy przychodu nakładów poniesionych na badania. Gdyby zastosowano takie rozwiązania, rekompensowałoby one przedsiębiorcy wkład własny oraz zwłokę czasową w realizacji projektu. Wiadomo, że badania wymagają czasu, a często dzieje się tak, że produkt, może nie doskonały, ale wystarczająco dobry, firma może kupić za granicą, przywieźć do Polski i ma go tu i teraz. U nas na przykład takim produktem jest statek, nawet jeśli jest nowoczesny czy innowacyjny, to jest tu zaledwie montowany na podstawie technologii z zewnątrz. Został świetnie zbudowany przez naszych inżynierów, ale całe know-how związane z jego powstaniem nie jest nasze. Dlatego powinniśmy zadbać o to, żeby stać się producentem. Nasze firmy muszą chcieć to robić, a może w tym pomóc właśnie zachęta finansowa do angażowania się w tego typu projekty, np. wdrażane przez NCBiR.

– Czyli pojawia się trzeci partner – państwo.

– Państwo zawsze jest partnerem w takich przedsięwzięciach. Duże firmy mają swoje działy R&D (badawczo-rozwojowe) i wydzielone budżety na badania, realizujące bardzo duże projekty. Jednak większość osi projektowych realizowanych w Polsce skierowana jest do sektora MŚP, na którym nam bardzo zależy. Właśnie dla tego sektora przygotowanych jest obecnie najwięcej programów finansowania, tak na szczeblu regionalnym, jak i centralnym. To firmy muszą aplikować o środki w ramach wsparcia, ale niezbędny jest przy tym wkład własny. Wsparcie w zakresie zbilansowania kosztu 15-20% udziału własnego, w zależności od wielkości firmy, spowodowałoby większą absorbcję środków z R&D. Bardzo nam zależy na kreowaniu nowych technologii i rozwiązań, nie czysto teoretycznych, ale aplikacyjnych.

– W jaki sposób Akademia Morska w Szczecinie przyciąga biznes do współpracy? Jaka jest w tym rola działającej przy uczelni spółki, Centrum Innowacji?

– Jednym z zadań powołanej przez nas spółki Centrum Innowacji Akademii Morskiej Sp. z o.o. jest komercjalizacja wyników naszych badań. I to jest właśnie wychodzenie frontem do potencjalnego klienta. Spółka analizuje także potrzeby rynku, uczestnicząc w spotkaniach biznesowych czy konferencjach. Dzięki temu wiemy, jakie są potrzeby biznesu i co w naszym zakresie możemy wykonać. Wtedy staramy się realizować nawet najtrudniejsze projekty. Ale nie robimy wszystkiego sami. Większość pomysłów rozwijamy w konsorcjach 5-6 uczelni. Wspomniany wcześniej system do pozyskiwania energii z fal morskich przygotowujemy wspólnie z trzema politechnikami. Budujemy więc zespoły o szerokich horyzontach, które umożliwiają nam realizację takich przedsięwzięć. I co ważne – najczęściej realizujemy projekty na potrzeby konkretnego odbiorcy. Zdarzają się też rozwiązania uniwersalne, jak system wspomagania nawigacji, które z projektu badawczego stają się produktem komercyjnym. Wynalazek jest wtedy dostępny na rynku jako licencja czy produkt do nabycia przez zainteresowane firmy.

– Wspominał pan, że nowoczesna szkoła wyższa nie może być uczelnią „książkową”, a naukowo-badawczą. W którym miejscu jest więc AMS?

– Dzięki temu, że staramy się, aby uczelnia miała charakter naukowo-badawczy, generujemy dużą liczbę projektów naukowych, m.in. z Horyzontu 2020 i BSR, których wyniki, jak wspominałem, zawsze implementujemy do programów kształcenia, co przekłada się na jakość i poziom nauczania. Ponadto szereg badań wykonywanych przez naszych naukowców, w których mogą uczestniczyć studenci, realizowanych jest w ramach prac doktorskich, magisterskich czy inżynierskich, co oznacza, że nasi słuchacze biorą w tym bezpośredni udział. Obowiązkiem doktorantów jest już stały udział w zespołach naukowo-badawczych, czyli praktycznie wszyscy słuchacze studium doktoranckiego mają tak ustalony program naukowo-badawczy, aby wpisywał się on w tematykę badań realizowanych przez uczelnię. Jeśli taki doktorant zostanie naszym pracownikiem, to ma potężne zaplecze badawcze oraz odpowiednią wiedzę umożliwiające mu dalszy rozwój. Dlatego zależy nam, aby nasza uczelnia miała zawsze charakter ośrodka naukowo-badawczego.

– Ostatnio w AMS uruchomiono nowe laboratorium systemów VR i AR, a tam m.in. wirtualny symulator mostka. Czy tego typu pomoce naukowe także tworzone są bezpośrednio przez kadrę uczelni?

– Symulator, o którym pan mówi, został w pełni zaprojektowany, zaprogramowany i zbudowany przez naszych pracowników. Jedynie wyposażenie laboratorium – tj. urządzenia sterujące – zostały pozyskane z przemysłu. Ale ich wykorzystanie i zastosowanie w procesie symulacji wykonano w nas. Jest to projekt naukowo-badawczy młodych naukowców, którym udało się w oparciu o obecną technologię i własne rozwiązania informatyczne, jak również programowanie obrazu i grafiki CAD, zbudować wirtualny symulator korzystający z wirtualnych gogli, które nakłada się na głowę i wkracza w wirtualną rzeczywistość 3D. Niezbędne jest tylko pomieszczenie, które odpowiada wielkości mostka nawigacyjnego symulowanego statku. Jest to know-how, które w całości powstało w AMS. Podobnie z wykorzystywaną w laboratorium rozszerzoną rzeczywistością – powstaje pionierski program, dzięki któremu jako jedni z pierwszych na świecie wykorzystamy AR, czyli rozszerzoną rzeczywistość w branży morskiej. Wcześniejszym podobnym osiągnięciem był symulator statku żeglugi śródlądowej. To całkowicie nasz produkt wykonany we współpracy z firmą Autocomp, który powstał w oparciu o modelowanie naszych pracowników.

– Żegluga śródlądowa ostatnio bardzo często pojawia się w różnego rodzaju projektach rozwoju transportu w Polsce. Czy w związku z tym AMS chce zaangażować się w kształcenie kadr w tym zakresie?

– Tak, oczywiście. Już od dłuższego czasu proponujemy specjalność żegluga śródlądowa, ale ze względu na brak potencjału rozwoju i miejsc pracy nie była zbyt często wybierana przez studentów. Teraz chcemy całkowicie unowocześnić proces kształcenia, aby student nabywał wiedzę zarówno jako operator floty śródlądowej, jak i menedżer. Często bowiem operator jest jednocześnie armatorem, który zarządza swoją flotą. Absolwent musi więc, oprócz posiadania uprawnień do pływania po wodach śródlądowych, umieć kierować swoją firmą. Taką specjalność, w nowej formule, uruchamiamy we wrześniu 2018 r. Oprócz tego przymierzamy się do otwarcia centrum kształcenia ustawicznego w zakresie żeglugi śródlądowej. Będzie ono poza Szczecinem, gdyż chcemy być bliżej armatorów i miejsc, w których operują.

– Na jakie specjalizacje kładziecie największy nacisk, wychodząc z założenia, że są lub będą rozwojowe, innowacyjne?

– Dla nas bardzo istotne są niszowe specjalności. Dlatego np. przymierzamy się do górnictwa morskiego. Mocniej zaangażujemy się w żeglugę śródlądową oraz ratownictwo morskie. Taką niszową specjalnością, z dużym impaktem naukowym, jest też inżynieria ruchu morskiego. Ale oczywiście stawiamy też na transport morski czy mechanikę i budowę maszyn, jako nasze flagowe specjalności.

– Na AMS działał też kierunek związany z obsługą terminalu LNG.

– Były to studia podyplomowe, w ramach których wyszkoliliśmy odpowiednią kadrę do obsługi terminalu LNG i statków LNG. Nie ma na razie zapotrzebowania na kształcenie nowych kadr w tym zakresie, ale zakładamy, że za 5-6 lat znowu będzie konieczna reedycja takiego studium. Jesteśmy na to przygotowani.

– Z analiz dotyczących rynku frachtowego wynika, że w ciągu 10-20 lat na świecie zabraknie kilkudziesięciu tysięcy oficerów i marynarzy, których kształceniem standardowo zajmują się akademie morskie. Z drugiej strony uczelnie te stawiają na rozwój nowych technologii i innowacyjnych specjalizacji. Czy jedno nie odbędzie się więc kosztem drugiego?

– Mamy tak zorganizowany system kształcenia, że wszystkie nasze specjalności są związane z branżą morską. Oprócz tego studenci w ramach wybranych kierunków otrzymują odpowiednie pakiety wiedzy, które kierują ich na wąskie specjalizacje. Mamy też podstawową specjalizację, która kształci tylko marynarzy i tam mamy najwięcej studentów. Nie widzę jednak najmniejszego problemu, aby absolwenci kończący wąskie specjalizacje nie mogli przez jakiś czas pracować na morzu. Na kierunkach „pływających” kształcenie opiera się na międzynarodowej konwencji o wymaganiach w zakresie wyszkolenia marynarzy – STCW – a dopiero do tego dochodzą dodatkowe specjalizacje.

– Dziękuję za rozmowę.