Skonsolidowana „Inspekcja Żywnościowa” jest niczym horyzont – można ku niej zmierzać, a ona wciąż jest daleko. Przypomnijmy: już w styczniu 2006 r. ówczesny premier, Donald Tusk, powołał do życia specjalną Radę ds. Bezpieczeństwa Żywności, która miała się zająć komasacją przynajmniej niektórych ze służb zajmujących się kontrolą produktów żywnościowych, od pola i obory – po sklepowe półki i restauracyjne stoły.

Rada ta później gdzieś zniknęła, by – niczym Feniks z popiołów – odrodzić się niedawno w postaci pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa żywności, w osobie wiceministra Jarosława Pinkasa. Ale i on, w pierwszych reformatorskich poczynaniach premiera Mateusza Morawieckiego, utracił to stanowisko, aby kilka miesięcy później znów na nie powrócić.

Jego zadaniem było przygotowanie projektu Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności (PIBŻ), w której skonsolidowanych zostałoby przynajmniej kilka z istniejących służb kontrolnych zajmujących się żywnością, których zakres działania i kompetencje częstokroć się obecnie nakładają. A jest ich multum. Na terenie kraju inspekcje działają zwykle w rozproszeniu, ale w portach nastąpiło niezwykłe ich nagromadzenie. Są to: Urząd Celny, Graniczny Referat Zwalczania Przestępczości, Straż Graniczna, Graniczny Punkt Kontroli Weterynaryjnej, Wojewódzki Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Okręgowy Inspektorat Rybołówstwa Morskiego, Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa oraz Graniczna Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna. Tam właśnie ich działalność daje się szczególnie we znaki uczestnikom obrotu portowego. Aż 5 z nich zajmuje się kontrolą żywności i artykułów rolnych, z czego 3 podlegają ministrowi rolnictwa, jedna ministrowi zdrowia, a kolejna prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Przygotowany w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, i przyjęty 30 maja ub.r. przez rząd, projekt zakłada połączenie Inspekcji Weterynaryjnej (IW), Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN), a także Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) w jedną organizację kontrolną, a dodatkowo przekazanie części jej zadań Państwowej Inspekcji Sanitarnej (PIS), Inspekcji Handlowej (IH) oraz Inspekcji Ochrony Środowiska (IOŚ). Nowy organ ma być podporządkowany ministrowi rolnictwa, a może i bezpośrednio premierowi.

Projekt stosownej ustawy trafił do Sejmu i wylądował w tamtejszej „zamrażarce”. Miał być poddany pierwszemu czytaniu rok temu, w połowie września, a od początku br. skonsolidowana inspekcja miała już funkcjonować. Termin ten przesunięto później o pół roku, ale i on nie został dotrzymany. Wszystko wskazuje na to, że projekt ustawy został po cichu z Sejmu wycofany, gdyż aktualny minister rolnictwa, Krzysztof Ardanowski, poinformował, że zamierza zmodyfikować poprzedni projekt oraz doprowadzić do jego uchwalenia jeszcze w br.

Opór nie słabnie

Mając na względzie trudności, jakie napotkali na drodze do konsolidacji inspekcji poprzednicy ministra, zapewnienie to należy przyjmować z dużą dozą rezerwy. Przede wszystkim minister napotyka na opór swoich kolegów w rządzie. Projekt nie podoba się ministrowi zdrowia, któremu podlega Inspekcja Sanitarna, a także ministrowi spraw wewnętrznych, który nie chce zgodzić się na wydzielenie struktur nowej inspekcji spod władzy administracji wojewódzkiej. (Wedle dotychczasowych założeń projektowanej ustawy PIBŻ miałby mieć strukturę pionową). Pewne obiekcje zgłaszał również minister finansów.

Jeszcze większe zastrzeżenia zgłaszane są przez poszczególne inspekcje, szczególnie te, które mają zostać zlikwidowane. Najsilniejsze z nich to Inspekcja Weterynaryjna i Państwowa Inspekcja Sanitarna. Zwłaszcza ta pierwsza już obecnie boryka się z ogromnymi trudnościami, przede wszystkim brakami kadrowymi, pogłębianymi przez masową ponoć ucieczkę weterynarzy, skutecznie zniechęcanych rosnącymi obowiązkami i niskimi płacami. (A trzeba pamiętać, że przychodzi im właśnie dodatkowo zmagać się z szerzącą się plagą afrykańskiego pomoru świń). Braki kadrowe w tej jednej inspekcji ocenia się na przynajmniej 400 etatów.

Swój kamyczek do ogródka w tym względzie dołożyli również Amerykanie, którzy nie zgodzili się, by kontroli żywności wysyłanej na ich rynek dokonywali prywatni weterynarze. A to oznacza konieczność zatrudnienia w państwowej służbie dodatkowych kilkudziesięciu osób. Przedstawiciele poszczególnych inspekcji zgodnym chórem argumentują, że ich instytucjom potrzebne jest wzmocnienie i dofinansowanie, a nie likwidacja i konsolidacja.

Opory ze strony samorządów budzi z kolei proponowana pionowa, 3-stopniowa struktura przyszłej PIBŻ. Na jej czele miałby stać główny inspektor, któremu podlegaliby inspektorzy wojewódzcy i graniczni, a kolejny szczebel stanowiliby inspektorzy powiatowi. (Ostatnio mówi się w ministerstwie rolnictwa, że ta „pionizacja” miałaby być tylko częściowa, zadaniowa, gdyż inspektorzy wojewódzcy nadal podlegaliby samorządom).

Najistotniejszą przeszkodę na drodze do konsolidacji inspekcji stanowić mogą jednak pieniądze, a właściwie ich brak. W projekcie ustawy nie przewidziano żadnych środków na ten cel, najwyraźniej optymistycznie zakładając, że oszczędności finansowe wynikające z likwidacji dublujących się struktur i etatów powinny w zupełności wystarczyć na pokrycie kosztów całej tej reorganizacji. Skoro w tegorocznym budżecie nie przewidziano żadnych środków na ten cel, a i co do przyszłego rozdania istnieje w tym względzie niepewność – zakładanie, że nowa służba inspekcyjna ruszy w przyszłym roku to typowe wishful thinking. Łączenie tak różnych organizmów, dysponujących rozmaitymi zadaniami, systemami informatycznymi, laboratoriami, siedzibami – o różnej kulturze pracy nie wspominając – musi być procesem i długotrwałym, i kosztownym. Jeśli więc przyszła PIBŻ zaczęłaby w miarę sprawnie funkcjonować gdzieś w 2020 r., byłoby znakomicie.

W portach robi się gorąco

Jak wielokrotnie wspominaliśmy na łamach „Namiarów” (ostatnio rok temu), na dotychczasowym bałaganie inspekcyjnym najbardziej cierpią polskie porty. Zakresy działań i kompetencje poszczególnych inspekcji nie były dokładnie rozgraniczone, procedury działania i zaplecze techniczne, w tym zwłaszcza laboratoria, były bardzo różne, systemy informatyczne niekompatybilne. Ich działalność bywała tak uciążliwa dla klientów, że powodowała masową ucieczkę towarów do portów zagranicznych. Dziesiątki tysięcy ton kawy, herbaty, przypraw, ryb, a także wielu innych, nie tylko żywnościowych ładunków, mimo wyższych kosztów obsługi, ich właściciele i dysponenci woleli odprawiać za granicą, byle tylko nie mieć do czynienia z rozpanoszonymi w portach polskich inspekcjami. Krajowy fiskus tracił i traci na tym miliardy złotych, które z tytułu należnych ceł i podatków, zamiast wpływać do krajowej kasy, zasilały budżety zagraniczne.

Kilka lat temu, dzięki programowi „Porty 24”, wdrożonemu – po licznych interwencjach środowisk portowych – pod nadzorem wicepremiera Janusza Piechocińskiego, sytuacja uległa znacznej poprawie, w czym głównie zasługa zreformowanej Służby Celnej, która podjęła się roli koordynatora działań kontrolnych poszczególnych inspekcji. Znacznie przyspieszyło to odprawy ładunków, ale niekiedy odbywało się kosztem ich jakości, gdyż techniczne zaplecze poszczególnych inspekcji (może z wyjątkiem granicznych posterunków weterynaryjnych) z trudem nadążało za rosnącą ilością ładunków napierających na nasze porty, które powinny podlegać kontroli.

Wraz z pojawieniem się w tych portach wielkich kontenerowców linii oceanicznych tych ładunków zaczęło przybywać lawinowo. W br., w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego, było ich już więcej o 1/4! Można się spodziewać, że na koniec br. nasze porty obsłużą blisko 3 mln kontenerów (TEU). Na szczęście znaczna ich część nie podlegała odprawom – były one kierowane dalej, do portów rosyjskich i fińskich – gdyż wówczas sytuacja byłaby już zupełnie dramatyczna. Ale i tak możliwości portowych służb inspekcyjnych z całą pewnością nie zwiększały się w adekwatnym do wzrostu ilości towarów tempie. Można się cieszyć, że polskie porty przejmują od zachodnioeuropejskich coraz więcej ładunków, które dotąd były tam odprawiane i clone, by dopiero potem trafiać na nasz rynek. Bogaciły się na tym tamtejsze instytucje fiskalne, kosztem naszych.

Jednak istnieje także druga, mniej przyjemna tego strona: nasza portowa sieć kontrolna ma coraz to większe oczka, a nawet dziury, gdyż jej fizyczne możliwości mają swoje granice. A jak działanie tej sieci jest ważne, niech świadczą przypadki wykrywania w naszych portach kontenerów pełnych toksycznych odpadów czy innej kontrabandy. Liczba nielegalnych, nagminnie ostatnio płonących składowisk może świadczyć, że było tego więcej. Liczbe inspekcji portowych nie przekłada się na jakość ich działania, raczej wręcz przeciwnie – wchodzą sobie w drogę, dublują koszty, wyposażenie i etaty.

Przedstawiciele firm obsługujących handel morski od lat upominają się u kolejnych władz rządowych o ucywilizowanie obsługi inspekcyjnej towarów przechodzących przez nasze porty. Ministerialny, i nie tylko ministerialny, partykularyzm oraz biurokracja sprawiają, że te ich postulaty okazują się bezskuteczne, a inicjatywy zmierzające w tym kierunku są skutecznie torpedowane, bądź odkładane ad Kalendas Graecas. Czy mimo solennych zapewnień przedstawicieli aktualnie rządzącej ekipy zanosi się na to kolejny raz?