Przemysław SztanderZ Przemysławem Sztanderą, wiceprezesem ds. finansowych Stoczni Gdańsk SA oraz GSG Towers Sp. z o.o., rozmawia Piotr Frankowski.

– W lipcu br. Agencja Rozwoju Przemysłu odkupiła 81,05% akcji Stoczni Gdańsk oraz 50% udziałów GSG Towers (wcześniej posiadała już 50%) od Gdańsk Shipyard Group, należącej do ukraińskiego biznesmena Serhija Taruty, obejmując pełną kontrolę nad obiema spółkami. Co dla Stoczni Gdańsk i GSG Towers oznacza przejęcie przez ARP?

– Przede wszystkim oznacza uporządkowanie sytuacji w obu firmach. Poprzedni większościowy udziałowiec, który kontrolował spółki, nie radził sobie z zarządzaniem i nie do końca miał pomysł, jak te spółki rozwinąć i znaleźć środki na finansowanie w przyszłości. Z kolei w ARP taki pomysł był, ale brakowało pełnej kontroli nad spółkami. Najlepiej pokazywał to skład zarządu, w którym trzech spośród wszystkich czterech przedstawicieli mianował prywatny ukraiński inwestor. Przejęcie pełnej kontroli przez ARP oznacza zatem wzmacnianie tych obszarów działalności spółek, których poprzednicy nie potrafili w pełni wykorzystać, a docelowo powrót do produkcji okrętowej. Posiadanie udziałowca o ugruntowanej pozycji na rynku, o zróżnicowanym portfelu kapitałowym i z wieloletnim doświadczeniem w „stawianiu na nogi”, jest także dobrze odbierane przez potencjalnych kontrahentów. Gwarantuje stabilność i ciągłość prowadzenia działalności, co w branży stoczniowej, jak i energetyki wiatrowej oraz offshore, ma ogromne znaczenie.

– W jakim więc kierunku zmierzać ma rozwój Stoczni Gdańsk i GSG Towers?

– Obie stocznie mają rozwijać się tak, żeby skutecznie odbudować potencjał stoczniowy, a jednocześnie zdywersyfikować portfel produktów. Przed przejęciem, GSG Towers była w 70% uzależniona od jednego odbiorcy, co było dużym błędem. Dlatego przede wszystkim trzeba odbudować „nogę” stoczniową, w ten sposób dywersyfikując przychody i rynki zbytu, ale przy okazji wprowadzić również nowe produkty, których do tej pory nie było w żadnej ze spółek, po to, aby w przyszłości portfel klientów był zrównoważony i nie opierał się tylko na jednej branży. Chodzi o to, żeby nie był to jedynie sektor stoczniowy. W tym celu równolegle rozwijamy część wiatrową i offshore. Ponadto obszar stoczniowy odbudujemy przy wykorzystaniu technologii, które umożliwią wejście na inne rynki i realizowanie zamówień dla takich branż jak np. chemiczna, petrochemiczna czy energetyczna. Wszystko po to, żeby przy prowadzeniu własnych inwestycji jednocześnie budować podstawy do dywersyfikacji.

– O ile w przypadku GSG Towers podstawowym kierunkiem była energetyka wiatrowa, o tyle, w jakim kierunku ma iść Stocznia Gdańsk? Czy każda ze spółek będzie obsługiwała inny obszar rynku czy też wspólnie będą realizowały pojawiające się zlecenia?

– Koncentrowanie się na jednym tylko kierunku nie jest właściwe w żadnej branży. Dlatego nie chcemy, żeby w GSG Towers odbywała się wyłącznie produkcja dla energetyki wiatrowej. Ta część będzie stanowiła większość kontraktów, ale jednocześnie chcemy wprowadzić nowe produkty dla przemysłu chemicznego, petrochemicznego i energetycznego. Mają to być konstrukcje stalowe, ale również produkcja różnego rodzaju zbiorników. Część niezbędnych urządzeń już mamy, np. do produkcji wież wiatrowych, z kolei maszyny, które zakupimy do produkcji stoczniowej, pozwolą nam rozszerzyć zakres działalności. Obie firmy oczywiście mają swoją specjalizacje, ale jest pewien obszar, w którym zlecenia będą się przenikały. Na przykład jeśli będziemy produkować zbiorniki, to zwijać je i spawać będzie GSG Towers, następnie dennice do nich będzie produkować Stocznia Gdańsk na urządzeniach, które będą służyć do formowania blach na zimno.

– Czy kierunek stoczniowy, biorąc pod uwagę, że potencjał przemysłu okrętowego w Polsce jest dosyć duży, jest w stanie zagwarantować odpowiednie przychody i kontrakty?

– Potencjał polskiego przemysłu okrętowego faktycznie jest duży, ale jedną z jego bolączek jest to, że w większości firm wykorzystuje się stare technologie, które nie do końca są efektywne. Charakteryzują się np. wprowadzaniem do blach dużej ilości ciepła i są przystosowane do produkcji blach grubych. Podczas gdy rynek zaczyna dzisiaj wymagać cieńszych blach, 6 mm lub nawet 4 mm, które starymi technologiami trudno spawać, chcąc zachować odpowiednią jakość. Poza tym coraz więcej armatorów chce, żeby do blachy wprowadzać jak najmniej ciepła, po to, aby nie zmieniła swoich właściwości. Żeby sprostać tym wyzwaniom trzeba wchodzić w nowe technologie, co zamierzamy zrobić, a częściowo już zrobiliśmy. Mamy linię produkcyjną do sekcji płaskich, do mikropaneli, które są przystosowane do spawania blach od 6 mm w górę. W br. zmieniamy technologie spawania na tej linii, jesteśmy już po testach, co pozwoli nam spawać blachy o grubości od 4 mm, czyli dokładnie takie, jakich potrzebuje branża okrętowa.

W ostatnich tygodniach zainteresowanie współpracą z nami znacznie wzrosło, spotykamy się z przedstawicielami największych europejskich stoczni, którzy dostrzegają nasze atuty, m.in. dostęp do hali o powierzchni 6,5 ha. Dla kontrahentów bardzo ważne jest to, że produkcja może odbywać się „pod dachem”. Stocznie te, podobnie jak najwięksi klienci z rynku offshore, przywiązują też dużą wagę do kwestii bezpieczeństwa, o które w obu spółkach szczególnie dbamy.

– Rozumiem, że zamierzacie konkurować nowoczesną technologią, jakością produkcji i kulturą pracy.

– Oczywiście, działamy w myśl zasady, że kto się nie rozwija ten stoi w miejscu, ale na naszych inwestycjach skorzystają też inne polskie stocznie. Jeśli będziemy mieli wolne ciągi technologiczne, będziemy wykonywać zlecenia na rzecz innych stoczni, które technologią taką nie dysponują. Podobnie wygląda to teraz, w zakresie produkcji sekcji płaskich czy kadłubów.

– W przypadku energetyki wiatrowej cały czas czekamy na budowę pierwszych polskich morskich farm wiatrowych. Kiedy ruszą inwestycje w tym zakresie, będzie to szansa dla kontraktów dla GSG Towers.

– Jesteśmy przygotowani do tych inwestycji. Cały czas pozostajemy w kontakcie z inwestorami, to naturalne partnerstwo ze względu na dzielącą nas odległość. Byliśmy też inicjatorem stworzenia grupy podmiotów, które obecnie dostarczają elementy do budowy trafostacji na morskie farmy wiatrowe, bo mamy w Polsce firmy, które taką kompletną stację transformatorową są w stanie wyprodukować. W przypadku budowy polskich farm wiatrowych na morzu wiele będzie zależało od zamawiającego, inwestora oraz spełnienia przez niego wymogu local content, tak jak dzieje się to w innych krajach. Tu nie ma miejsca na błędy. Nasze komponenty dla morskiej energetyki wiatrowej muszą radzić sobie z nierówną chińską konkurencją. Dzięki dotacjom chińskie zakłady mogą liczyć na blachę tańszą o 20%, zaś w przypadku wież wiatrowych czy fundamentów 70% kosztów produkcji to właśnie blacha. Proszę zwrócić uwagę, że światowe cła obejmują tylko chińską stal, a nie gotowe produkty.

– To czym konkurować?

– Konkurujemy efektywnością, co powoduje, że koszt przerobu stali jest niższy. Nadganiamy także jakością, której Chińczycy nie są w stanie zapewnić. I tym, co jest najważniejsze w tej branży – terminowością dostaw. To jest bardzo istotne w morskiej energetyce, bo koszt wynajęcia statku do stawiania elektrowni wiatrowych wynosi ok. 150-250 tys. euro dziennie, a dodatkowo jednostki tego typu mają obłożenie na następnych kilka lat. Przesunięcie terminu powoduje ogromne koszty po stronie inwestora, dlatego warto mieć wiarygodnego partnera.

– Jakim potencjałem dysponujecie, jeśli chodzi o rynek stoczniowy, jak i energetykę wiatrową?

– Przedstawiciele branży i potencjalni kontrahenci, którzy nas odwiedzają, podkreślają, że mamy dobre warunki do produkcji stoczniowej, ale jednocześnie dostrzegają niedoinwestowanie w niektórych obszarach. Dlatego inwestycje, które planujemy, spowodują, że firma będzie w stanie wykorzystać cały swój potencjał, drzemiący nie tylko w dostępnej infrastrukturze, ale także w załodze. Rozmawiamy też z Pomorską Specjalną Strefą Ekonomiczną o możliwości wydzierżawienia terenu, aby zwiększyć nasze możliwości montażowe i magazynowania wyprodukowanych elementów.

– Pojawiły się informacje, że Stocznia Nauta pragnie wygasić produkcję w Zakładzie Nowych Budów w Gdańsku, na dawnych terenach gdańskiej stoczni. Jeśli tak się stanie, to czy będziecie zainteresowani ich przejęciem?

– Nauta informowała o chęci zakończenia działalności w Gdańsku już w minionym roku. Ale trzeba pamiętać, że pochylnia jest bardzo droga w utrzymaniu i budowa na niej kadłuba czy gotowego statku jest równie kosztowna. Od takich pomysłów się raczej odchodzi. W stoczni jesteśmy w stanie budować statki do 120 m bez konieczności korzystania z pochylni czy doku. Dlatego nasze plany nie przewidują przejmowania terenów po Stoczni Nauta w Gdańsku.

– Jak więc wygląda plan inwestycyjny obu spółek, a co za tym idzie, portfel zamówień?

– Cały program inwestycyjny jest już przygotowany. Planujemy, że pierwsze nowe inwestycje ruszą jeszcze w br. Nie czekamy z tym, co możemy robić na bieżąco, np. obecnie zmieniamy technologię spawania na ciągach sekcji płaskich.

Jeśli chodzi o klientów, rozmawiamy z potencjalnymi kontrahentami, czyli systematycznie przesuwamy się w łańcuchu podwykonawców na 1. miejsce. Założyliśmy w strategii, że nie chcemy być „podwykonawcą podwykonawcy”, ale bezpośrednim podwykonawcą dla inwestora. Finalizujemy także rozmowy, jeśli chodzi o umowy, więc w przyszłym roku powinno pojawić się sporo nowych kontraktów.

Generalnie chcemy powrócić do produkcji w pełni wyposażonych jednostek. Musimy oczywiście odbudować niektóre kompetencje, które uległy degradacji pod rządami prywatnego inwestora, i mamy pomysł jak to zrobić.

– Dziękuje za rozmowę.