Praca na lata
Rodzimy przemysł stoczniowy od lat zmaga się z niedoborem kadr. Na ów niepokojący trend składa się szereg czynników: od niskiego bezrobocia, poprzez słaby PR pracy w stoczni, lukę pokoleniową spowodowaną rezygnacją w latach 90. ze szkół zawodowych, po zmieniającą się mentalność młodych ludzi. Niestety nic nie wskazuje na to, żeby coś w tej kwestii miało się zmienić.

Wskaźniki, jeżeli chodzi o bezrobocie, są bardzo niskie w Polsce, to samo przez się mówi o tym, że tych ludzi nie mamy dużo. Nie mamy koszyka, w którym możemy przebierać. Trudno jest pozyskać wykwalifikowanych pracowników – mówi Karolina Parkitna, szefowa Działu Organizacyjno-Administracyjnego stoczni Crist. – Należy pamiętać o tym, że mieliśmy reformę szkolnictwa. Naciski i nakłady na szkolenie zawodowców w pewnym momencie zostały ograniczone. Wiązało się to z zamknięciem kilku placówek, zmianą ich charakterów lub połączeniem kilku placówek w jedną.

Jak tłumaczy, dywersyfikacja tego sektora nauczania, połączenia wielu szkół zawodowych z technicznymi, dramatycznie odbiły się na stanie kadr. Spowodowało to dramatyczny niedobór specjalistów. Stocznia Crist postawiła więc na kształcenie młodych (choć nie zawsze są to młodzi sensu stricto) ludzi. Przede wszystkim kształci tych ludzi, którzy już są na rynku pracy, ale z różnych względów fach, który wykonują, im nie odpowiada i chcą się przekwalifikować. Crist otworzył wewnętrzne centrum kształcenia w zawodach monter kadłubów, monter rurociągów i spawacz. To najbardziej poszukiwane specjalizacje stoczniowe. I tutaj także występuje największa rotacja, bowiem nie można zapominać, że dużą konkurencją jest dla naszych stoczni chociażby rynek skandynawski, który proponuje większe stawki. I o ile spawaczy łatwo jest wyedukować, bo jest coraz więcej ośrodków, które to robią, o tyle monterów już nie, bo szkół, które ich kształcą jest mało. Mało jest też młodych ludzi, którzy chcieliby kształcić się w zawodach stoczniowych, a co za tym idzie, trzeba się skupić na tym, żeby ich zainteresować nauką w szkołach branżowych – bo tak teraz nazywane są szkoły zawodowe.

Wyszliśmy z założenia, że musimy kształcić monterów, bo ich deficyt odnotowujemy od wielu lat – tłumaczy K. Parkitna. – I muszę powiedzieć, że młodzi ludzie, którzy chcą się przekwalifikować, faktycznie się zgłaszają, jest ich coraz więcej. Myślimy, że w tym wypadku zadziałała poczta pantoflowa – ludzie, którzy byli z tych kursów i późniejszej pracy zadowoleni, mówili o tym innym.

Choć jednak generalnie młodzi ludzie nie garną się do pracy w stoczni, bo to zawód trudny, wykonywany w różnych warunkach atmosferycznych, w hali, na placu, we wnętrzu kadłuba jednostki. Przykładowy młody człowiek woli w wakacje, korzystając z tego, że mieszka w nadmorskiej przecież miejscowości, zamiast iść do stoczni, gdzie czeka go z pewnością ciężka praca, zatrudnić się np. jako barman. Następują, już nastąpiły, zmiany w mentalności, młode pokolenie wychodzi z założenia, że praca ma mu dać tyle pieniędzy, żeby można było zrealizować swoje zamierzenia i cele, w tym np. podróże. Młodzi ludzie często zmieniają pracę, a czas między nimi spożytkowany jest na realizację tego, co sobie zaplanowali. Nie patrzą długofalowo, nie pragną mieć długiego stażu pracy, zatrudnienia w jednym miejscu.

Problemem jest też to, że w Polsce nadal funkcjonuje mit, że ważne są studia i posiadanie wyższego wykształcenia. A przecież społeczeństwo zachodnie nauczyło się tego, że spokojnie można sobie poradzić będąc świetnym specjalistą i to przeważnie specjalistą zarabiającym więcej niż człowiek, który kończy studia humanistyczne – bowiem ma fach w ręku. Tę świadomość mają ludzie, którzy kiedyś w stoczni pracowali, bo ich synowie bardzo często właśnie ze stocznią wiążą swoją przyszłość.

Wiele różnych podmiotów i instytucji angażuje się w to, żeby odczarować odium ciążące na szkołach zawodowych. Sam fakt, że zmieniono ich nazwę na branżowe, trochę maskuje złe skojarzenia, ale dopóki na poziomie państwa i rządu nie będzie działań, żeby nazwa ta nie budziła negatywnych konotacji, to nie tylko branża stoczniowa, ale wszyscy pracodawcy zatrudniający podobnego rodzaju specjalistów, np. branża budowlana, będzie miała z tym problem.

Rodzice nie chcą puszczać dzieci do zawodówek, bo słowo „zawodówka” źle się kojarzy. Jest traktowana w sposób pejoratywny: nie dostałeś się do technikum czy liceum, to idziesz do zawodówki – tłumaczy K. Parkitna. –Ta kwestia nie jest postrzegana jako świadomy wybór, a coś w rodzaju: nie stać cię na więcej. Jeżeli coś takiego wpajamy młodym ludziom, a od nich musimy zacząć, to do niczego nie dojdziemy. Mamy całe pokolenia ludzi, którzy po studiach nie mają pracy. Osoba po zawodówce ma fach w ręku.

Ludzie zajmujący się rekrutacją do stoczniowej pracy podkreślają, jak ważne jest odpowiednie przedstawienie tego zawodu. Chociażby poprzez praktyki. Bo to dzięki nim przyszli stoczniowcy mogą się zorientować, czy nadają się do tego zawodu.

A wielu z nich się to podoba. I zostają u nas. A jeszcze opowiadają kolegom, że praca w stoczni jest interesująca – mówi szefowa pionu organizacyjno-administracyjnego stoczni Crist. – Ważne jest to, i o tym rozmawiamy ze szkołami branżowymi, żeby w jak największym stopniu pomóc danej osobie w ukończeniu edukacji, żeby przekonać ją, że warto na nią postawić, zdobyć zawód, a w konsekwencji przyjść do naszego zakładu.

Potencjale kadry trójmiejskie stocznie pozyskują nie tylko z aglomeracji, ale też miejscowości rozrzuconych wokół. Z reguły są to ludzie, którzy do Gdyni czy Gdańska przyjeżdżają z miejsc położonych w zasięgu do 100 km. Praca zaczyna się bowiem we wczesnych godzinach rannych, więc sumaryczny czas dojazdu i powrotu nie może przekraczać 3-4 godz. Choć, jak zaznacza K. Parkitna, na organizowany przez Crist kurs monterski zgłaszają się ludzie z innych rejonów Polski, w związku z czym stocznia zastanawia się, jak zmienić charakter tego kursu i jego wymiar, ukształtować go bardziej pod kątem innych rejonów Polski.

Generalnie jednak czysto komunikacyjne bariery stopują napływ kadr z mniejszych miejscowości. Brakuje po prostu szybkiego, intermodalnego transportu, który by pozwolił na łatwą komunikację małych miast z dużymi ośrodkami. Na problem ten zwraca też uwagę Jerzy Czuczman, prezes Polskiego Forum Technologii Morskich, według którego rolą państwa czy samorządów jest to, by ściągnąć owe niewykorzystane zasoby ludzkie w promieniu ok. 40-50 km od aglomeracji trójmiejskiej.

– Tam bezrobocie jest stosunkowo duże, a w wielu powiatach nawet 1/3 bezrobotnych to osoby do 30. roku życia. Dlaczego nie zapewnić młodym ludziom darmowego dojazdu do aglomeracji, zwiększając im możliwości znalezienia tutaj zatrudnienia, gdzie potrzeby są ogromne i to praktycznie we wszystkich branżach? – argumentuje J. Czuczman. – Dlaczego młodzi ludzie w Trójmieście są na uprzywilejowanych pozycjach, korzystając z bezpłatnego biletu komunikacji miejskiej? Zapewnienie takiego bezpłatnego biletu młodzieży spoza Trójmiasta zapewne zachęciłoby wielu z nich do nauki w Trójmieście i mieszkania nadal z rodziną, gdzie koszty utrzymania są znacznie niższe. W ten sposób uruchomilibyśmy zasoby, które tam drzemią. Jestem przekonany, że nie jest normalne pozostawianie młodych osób na bezrobociu, gdy w tym samym czasie pracodawcy pilnie poszukują pracowników i zatrudniają obcokrajowców.

Według niego fakt, że brakuje ludzi do pracy, jest wbrew pozorom również częściowo pozytywny. Dlatego że pracodawcy są zmuszeni zacząć myśleć w kategoriach, jak zwiększyć inwestycje w pracownika, w jego rozwój i innowacyjność, w jego możliwości rozwoju. Jak zauważa, ważne jest również to, by ułatwić dostęp pracowników z zagranicy do zawodów deficytowych, np. upraszczając ciągnące się tygodniami sprawy uzyskiwania pozwolenia na zatrudnianie obcokrajowców, na co pracodawcy mocno narzekają. Wszystkie bowiem duże zakłady niedobory kadrowe uzupełnia pracownikami z innych krajów. W wypadku stoczni Crist są to przede wszystkim pracownicy z Ukrainy, Białorusi i Wietnamu.

Co zastanawiające, innym wymienianym powodem braku chętnych do pracy w stoczni jest brak wiedzy o tym, że tego rodzaju przemysł w ogóle jeszcze na Pomorzu funkcjonuje. Może się to wydać dziwne, ale faktem jest, że nawet wielu mieszkańców Gdyni nie kojarzy, że istnieją tu podmioty prywatne, które funkcjonują jako stocznie. Wydaje się im, że w momencie gdy Stocznia Gdynia upadła, upadł też cały tamtejszy przemysł stoczniowy.

Pozytywny jest, zauważalny chociażby na kursach monterskich w gdyńskim zakładzie, trend powrotów polskich pracowników stoczniowych ze Skandynawii do kraju. Godzą się na niższe warunki płacowe, bo chcą być ze swoimi bliskimi, funkcjonować w Polsce. Część ludzi wyjeżdża do pracy do Norwegii czy Szwecji, żeby uzyskać minimalny okres, po którym można się ubiegać się tam o emeryturę, a więc 5 lat. Część jest nastawiona na to, żeby zarobić, odłożyć, wybudować dom lub kupić mieszkanie i żyć z większym oddechem, mogąc pozwolić sobie na mniej płatną pracę. Trzeba też powiedzieć, że praca w krajach skandynawskich nie oznacza wcale, że funkcjonuje się tam w idealnych warunkach, że byt zapewniony jest tam na najwyższym, o wiele lepszym niż w Polsce, poziomie.

Reasumując: w przypadku stoczni Crist, a z pewnością można to rozszerzyć na inne zakłady stoczniowe, przyszłościowa specjalność to monter kadłubów.

Przyjmiemy ich w każdej liczbie, ponieważ jest to specjalizacja deficytowa – mówi K. Parkitna. – Myślę, że gdybym powiedziała, że potrzebujemy od zaraz 100-200 monterów, to bym wcale nie przestrzeliła. To są duże liczby, a wynika to z tego, że mamy dobrą kontraktację, więc im więcej rąk do pracy, tym realizacja kontraktów będzie płynniejsza. Stąd też program zaczęty w ubiegłym roku, a więc kursy monterskie, o których mówiłam, będzie kontynuowany. I dodaje: – Ta praca jest dla ludzi, którzy mają odpowiedni, twardy charakter. Trudna praca, specyficzna, ale jeżeli ktoś się w niej odnajdzie, to zostanie w niej na lata.