Na samym początku br. największe zasoby ropy naftowej zostały nagle porwane. Było to aż 303 mld baryłek ropy w wenezuelskich złożach, wystarczające światu na prawie 100 lat dzisiejszych potrzeb, więcej niż posiada Arabia Saudyjska czy Iran. USA zadały Wenezueli chirurgicznie wymierzony cios – 3 stycznia br. amerykańscy komandosi porwali prezydenta tego państwa i jego żonę z Caracas. To cięcie było jednak drugim aktem tego spektaklu, bo akt pierwszy rozegrał się na światowym oceanie.
Blokada morska pozbawiła Wenezuelę możliwości sprzedawania ropy – jej podstawowego źródła dochodu. Porwanie jej prezydenta pozbawiło zaś elity tego kraju jakiegokolwiek ducha oporu. W efekcie tej akcji Ameryka przejęła kontrolę nad wenezuelską ropą. A mówimy o 30–50 mln baryłek ropy, wartości 2–3 mld USD. Ale to tylko na początek. Waszyngton doprowadził do tego, że wydobywać ją będą amerykańskie koncerny, a pieniądze będą lądować w kontrolowanych przez USA bankach. Wenezuela może za nie co najwyżej kupić jakieś towary, pod warunkiem, że będą one wyprodukowane w USA.
W ten sposób Stany podporządkowały sobie największe zasoby ropy na świecie, aby na nich zarabiać, ale też odciąć od nich wrogów. Jednym z pierwszych bowiem warunków dla Caracas było zerwanie współpracy z Chinami i Rosją. Już nie mówiąc o Kubie czy Iranie. Teraz do Wenezueli wracają amerykańskie i zachodnie koncerny naftowe, przygotowują konta na miliardy dolarów odszkodowań, które Wenezuela będzie musiała im wypłacić. Ale przede wszystkim szykują się do przejęcia przebogatych, choć trudnych w wydobyciu złóż ropy naftowej, najbogatszych w świecie i tuż pod bokiem Stanów (więcej w „Namiarach na Morze i Handel” 13/2026).





