Maciej BorkowskiZasoby finansowe państwowych firm, nawet tych największych, nie są niewyczerpalne. Sądząc jednak po postępowaniu menedżerów tych firm oraz ich państwowego właściciela, mogłoby się tak wydawać. W minionych latach Grupa Azoty, KGHM, Lotos, Orlen czy PGNiG utopiły miliardy w zagranicznych inwestycjach, które zakończyły się klapą albo miernymi wynikami – w Egipcie, Indiach, Libii, na Litwie, w Norwegii, Niemczech, Omanie, Pakistanie, Senegalu, na Ukrainie, a całkiem niedawno w Chile i Kanadzie, gdzie złoża rud okazały się uboższe, niż się to niektórym wydawało, bądź też tubylcy okazali się mało przychylni inwestycjom.

Jakby tego było mało, zasoby tych firm traktowane są przez rządzących jak podręczna kasa, z której można czerpać bez opamiętania na ratowanie upadających kopalń, stoczni czy wydawnictw, dęte przedsięwzięcia propagandowe lub promowanie tuzów sportu. 100 milionów tu, 100 milionów tam, dalszych kilkaset czy kilkadziesiąt jeszcze gdzie indziej…

Nie tak dawno w ministerstwie gospodarki morskiej uznano, że zarobione przez porty pieniądze można wydać na pomoc armatorowi albo na plany rewitalizacji rzek. Ostatnio, w tymże ministerstwie, odbyło się spotkanie przedstawicieli firm: PGW Wody Polskie, Enea, Energa, Energa Invest, KGHM Polska Miedź, PGE Polska Grupa Energetyczna, PGE Energia Odnawialna, PKN Orlen i Tauron. Jego efektem było m.in. podpisanie listu intencyjnego dotyczącego współpracy przy projektowaniu i budowie stopni wodnych na Wiśle i Odrze.

Jak tu się dziwić, że ceny paliw na stacjach benzynowych nie spadają, mimo że na świecie tak właśnie się dzieje, albo że za prąd od nowego roku przyjdzie nam, a zwłaszcza przemysłowi i samorządom, płacić o wiele więcej niż dotychczas? Politykom, którzy pełnymi garściami czerpią z kas państwowych firm, ktoś powinien wreszcie uświadomić, że może się w nich pojawić dno. Cierpliwość konsumentów ma swoje granice, vide: strajki „paliwowe” we Francji.