Głównym tematem gospodarczym końca br. jest inflacja. Prezes NBP na kolejnych konferencjach przekonuje, że to chwilowe, że to nie jego wina, tylko globalnych trendów, że politykę niskich stóp procentowych prowadzili wszyscy, a inflacji przez lata nie było. Czy faktycznie obecnych wzrostów cen nie dało się przewidzieć i nie można było ich wcześniej minimalizować narzędziami rynkowymi zamiast obecnymi dekretami rządowymi? Przyglądając się cenom surowców przeładowywanych w portach, można wątpić. Już drugi rok piszemy w „Namiarach”, że po latach zastoju dynamicznie wzrosły przeładunki zboża, ponieważ jego cena rośnie na światowych rynkach. Od wielu miesięcy zwracamy uwagę na wzrosty przeładunków drewna – tym razem nie z powodu wichur, a z powodu wzrostu jego cen. W ciągu minionego roku stale wzrastały ceny m.in. bawełny, o 34%, cukru, o 40%, kawy, o 100%, aluminium, o 37%, miedzi, o 25%, cynku, o 35%. Ceny samego frachtu z Azji wzrosły przecież już w grudniu ub.r. i później nie spadły. Także przywoływane najczęściej jako źródło inflacji ceny ropy weszły w trwały trend wzrostowy już w październiku ubiegłego roku, odnotowując zwyżkę o 137%. Zmiany cen towarów były doskonale widoczne w portach, tym bardziej powinny były więc być widoczne dla analityków pracujących na rzecz członków RPP, a decyzje o podwyżkach stóp procentowych powinny były zapaść dużo wcześniej.

Ogółem przeładunki w portach były wyższe niż w ub.r., można więc przypuszczać, że i wyniki finansowe będą lepsze. Jednak fakt, że wzrost osiągnięto tylko w przypadku jednego surowca i to surowca importowanego – paliw płynnych – a w pozostałych grupach towarów odnotowano spadki pomimo wysokich cen tych towarów, każe zastanawiać się, czy nie osiągnęliśmy już poziomu, w którym wzrost cen hamuje rozwój gospodarki. W takim przypadku kolejny rok może już nie być dla portów tak dobry jak ten kończący się i nie będzie to wina zarządzających nimi, tylko osób w Warszawie odpowiedzialnych za politykę pieniężną, które zapomniały spojrzeć na portowy barometr.