Maciej BorkowskiProjekt nowej ustawy portowej to swoista rewolucja w obowiązujących dotąd przepisach. W sumie jej założenia prowadzą do wzmocnienia pozycji ministra i zarządów portów, w stosunku do innych uczestników obrotu portowego. Tak można wnioskować z projektu tej ustawy, przedstawionego przez Rządowe Centrum Legislacji (patrz: „Namiary” 09/2018).

Dotychczas obowiązujący akt prawny był na naszych łamach wielokrotnie krytykowany za różne swoje mankamenty, ale pod pewnymi względami niektóre istotne kwestie porządkował, np. jeśli chodzi o wyraźne rozdzielenie tego co może, a czego nie może czynić zarządca portu. To rozdzielenie administrowania od prowadzenia działalności eksploatacyjnej wyraźnie wyszło na dobre naszym portom, cierpiącym niegdyś na chroniczny brak kapitału. Pojawili się w nich prywatni operatorzy, którzy dokonali tam wielomilionowych inwestycji, diametralnie odmieniających te porty.

Zarządy zobligowano do wyzbycia się udziałów w spółkach portowych; teraz zanosi się, że możliwość bezpośredniego czy pośredniego prowadzenia działalności operacyjnej im się przywróci. Czyli będą one mogły konkurować ze swoimi najlepszymi partnerami, na dodatek mając znacznie silniejszą wobec nich pozycję.

Na naszych łamach zwracaliśmy uwagę na niejasne rozdzielenie na terenach portowych kompetencji administracji lokalnej, morskiej oraz administratorów portów. Projekt nowej ustawy czyni ich wzajemne stosunki jeszcze bardziej zagmatwanymi, przyznając zarządom portów uprawnienia, których nigdy dotąd nie posiadały, np. w kwestiach nadzoru budowlanego. Skomplikowaniu ulegną również stosunki własnościowe na terenach portowych, a niektóre zapisy ustawy mogą skutecznie odstraszać potencjalnych inwestorów zewnętrznych.

Firmy portowe, w tym Rada Interesantów Portu Gdańsk, już zgłosiły całą litanię uwag i propozycji zmian zapisów w projekcie nowej ustawy. Miejmy nadzieję, że zostaną uwzględnione, gdyż w istniejącym kształcie wprowadziłaby ona bałagan prawny i kompetencyjny, jakiego dotąd nie było.