Maciej BorkowskiTo, co się wyprawia ostatnio w Polskiej Żegludze Bałtyckiej z promem Nova Star, świadczy, że w firmie tej nie istnieje coś takiego jak pamięć korporacyjna. Każda nowa ekipa kierująca tym przedsiębiorstwem najwyraźniej musi się uczyć na własnych błędach, choć poprzednicy zostawili jej nader bogatą spuściznę w tym względzie.

Już samo powołanie do życia tej firmy, która z założenia miała zajmować się nie tylko promami, ale również małymi portami, małą żeglugą trampową i liniową, a na dodatek hotelarstwem, wydawało się wątpliwe. Ale winien tego był nie zarząd firmy, lecz osoby decydujące ówcześnie o gospodarce morskiej. Jednak cały szereg błędów, które w PŻB popełniono później, należało już zapisać na karb kolejnych ekip menedżerskich, w których sporadycznie tylko trafiali się żeglugowcy z prawdziwego zdarzenia.

A przykładów nietrafionych decyzji było wiele, np. otwieranie nowych linii, bez uprzedniego rozeznania potrzeb rynku, jak ta do Anglii. Albo do Nynäshamn pod Sztokholmem, ale via Karlskrona, co korzystających z niej Szwedów doprowadzało do białej gorączki, gdyż rejs, który mógłby trwać kilka godzin, trwał prawie 2 doby. A były jeszcze otwierane i zamykane połączenia do Finlandii, czy nieudany eksperyment z superszybkim promem Boomerang, który właśnie zakończył swój nieszczęsny żywot, tonąc przy kei w wenezuelskim porcie.

Dochodziły do tego jeszcze rozliczne wypadki. W żegludze przytrafiały się one i najlepszym, ale w Polferries wyjątkowo często, jak niemal jednoczesne uszkodzenie aż 3 promów, w tym jednego podczas zderzenia w Zatoce Fińskiej z rosyjskim tankowcem.

W sumie, w swojej historii firma kilkakrotnie stawała na krawędzi bankructwa, ale zawsze udawało się go uniknąć, bo znajdowali się np. chętni na odkupienie części jej majątku, jak baz promowych w Świnoujściu i Gdańsku. Wydawało się, że limit błędów w PŻB wyczerpano na kilka lat w przód, ale okazuje się, że nie.