Trudno zdefiniować priorytety przyświecające decyzjom o kolejności budowy krajowych dróg. Właśnie rozpisano ostatnie przetargi na budowę drogi Via Baltica. Rzut oka na mapę pozwala stwierdzić, że jest to właściwie droga peryferyjna, łącząca nas z trzema niewielkimi krajami o łącznej powierzchni 175 tys. km2 i z nieco ponad 6 mln ludności. Jednocześnie 20 już lat, licząc od wydania pierwszej koncesji, trwa budowa autostrady A1, mającej połączyć nas z większymi i ludniejszymi krajami na południu, z którymi na dodatek prowadzimy bardziej ożywioną wymianę gospodarczą.

Od lat nasze kontenerowe terminale portowe i przewoźnicy dobijają się o udrożnienie kolejowego przejścia w Zwardoniu-Skalitem, stanowiącego wąskie gardło na granicy ze Słowacją i blokującego tranzyt na południe. Bezskutecznie. Delegacja portów Gdańska i Gdyni przebywała ostatnio w Budapeszcie, zachęcając tamtejszych załadowców do korzystania z ich usług. Czy ktoś pamięta jeszcze, że przed wojną na Węgry jeździło się koleją przez Bieszczady? Pozostałości tego ważnego niegdyś szlaku są tam do dzisiaj, zapomniane i niszczejące.

A Białoruś? Ten odcięty od morza kraj jest większy i ludniejszy niż Litwa, Łotwa i Estonia razem wzięte, ale autostrada A2 utknęła pod Warszawą, a o dogodnych połączeniach kolejowych Białorusi z naszymi portami nikt, najwyraźniej, nie myśli. Czego byśmy nie sądzili o tamtejszych władzach, sąsiedztwa nie zmienimy. A skoro jesteśmy na nie skazani, wykorzystujmy je z pożytkiem dla siebie, tak jak to czynią Litwini.

Via Baltica, podobnie jak i Rail Baltica, z punktu widzenia naszych krajowych potrzeb nie wydają się najważniejsze. Tymczasem wygląda na to, że ukończone zostaną wcześniej niż budowa wspomnianej A1 albo modernizacje magistral kolejowych, węglowej” i „nadodrzanki”, newralgicznych dla naszych portów. A wystarczyłoby spojrzeć na mapę, żeby się zorientować, w których kierunkach drogi należałoby budować w pierwszej kolejności, a w których dopiero potem.